czwartek, 31 grudnia 2015

Dziewczyny, które zabiły Chloe

Wydawnictwo Albatros

Liczba stron: 448

 

Alex Marwood to pseudonim literacki brytyjskiej dziennikarki. Jej debiutancka powieść „Dziewczyny, które zabiły Chloe” (angielski tytuł: „The Wicked Girls”) wyróżniona została prestiżową nagrodą Edgara Allana Poe dla najlepszej powieści w 2014 roku i otrzymała nominację do nagrody Międzynarodowego Stowarzyszenia Autorów Thrillerów w 2013 roku.

Pewnego wakacyjnego poranka traf sprawia, że krzyżują się losy trzech dziewczynek: Jade Walker, Bel Oldacre oraz Chloe Francis. Gdy nadchodzi wieczór, ostatnia z nich już nie żyje. Jade i Bel wkrótce zasiadają na ławie oskarżonych i po szybkim procesie trafiają do dwóch różnych zakładów poprawczych. Mija dwadzieścia pięć lat od tego zdarzenia. W niezbyt atrakcyjnym nadmorskim kurorcie Whitmouth w Anglii, słynącym jedynie z gwarnych pubów obleganych przez turystów świętujących wieczory panieńskie i kawalerskie oraz z otwieranego sezonowo lunaparku, dochodzi do serii okrutnych morderstw. Właśnie w takich okolicznościach los sprawia, że Jade i Bel, które skrzętnie ukrywają swą przeszłość pod fałszywymi tożsamościami, znów się spotykają.

Jade i Bel to dziewczynki, które zabiły Chloe. Wiemy to od samego początku. Dlaczego i jak do tego doszło dowiadujemy się stopniowo z pojawiających się cyklicznie retrospekcji wplecionych w fabułę. Właśnie te wspomnienia stanowią sedno całej powieści i są dla czytelnika podstawą do dalszych rozważań. „Dziewczyny, które zabiły Chloe” to opowieść o dwóch kobietach naznaczonych na całe życie mianem bezlitosnych zabójczyń. W ich przypadku czas nie leczy ran. Nieustannie drżą one na samą myśl o tym, że mogą zostać przez kogoś rozpoznane. Pod fasadą prowadzenia spokojnej i nudnej egzystencji kryją paniczny lęk przed społecznym wykluczeniem. Starają się dopasować do otoczenia i poukładać swoją codzienność tak, aby nie odstawać od reszty sąsiadów i znajomych oraz zbytnio się nie odsłaniać.

Moim zdaniem książkę Alex Marwood można analizować na wielu płaszczyznach. Wątek kryminalny, jakkolwiek zręcznie przedstawiony, stanowi tu jedynie otoczkę dla głębszego i bardziej filozoficznego przesłania. Książka pozostawia kołaczące się w naszej głowie pytanie, czy tak naprawdę wierzymy w czyjąś resocjalizację i czy jesteśmy skłonni dać komuś drugą szansę pomimo jego wcześniejszych potknięć. Nieraz widzimy na przykładzie mediów, jak łatwo jest szafować wyroki oraz oceniać na podstawie pogłosek i domniemań. Tylko, czy granica pomiędzy dobrem a złem jest rzeczywiście aż tak wyraźna? A co jeśli nieświadomie ją przekraczamy? Czy wtedy z miejsca stajemy się niegodziwi? Jak widzicie lektura powieści Alex Marwood pozostawia czytelnikowi do przemyślenia wiele otwartych kwestii. Przede wszystkim zmusza nas do zadumy nad kondycją człowieczej natury oraz istnieniem determinizmu przyczynowego wpływającego na ludzkie losy. Bo czy faktycznie mamy możliwość kontrolowania wszystkich zdarzeń oddziałujących na nasze działania? Autorka skłania nas także do zastanowienia się nad tym, czy istnieją okoliczności, w których bylibyśmy w stanie przedłożyć cudze szczęście nad swoje własne.

Do sięgnięcia po ten tytuł zachęciła mnie już sama zapowiedź powieści skrótowo kreśląca zarys fabuły. Temat zbrodni dokonanej przez dzieci na innym dziecku wydał mi się na tyle kontrowersyjny i trudny, że musiałam sprawdzić w jakim kierunku potoczy się cała historia rozpoczęta w ten dość przerażający sposób. „Dziewczyny, które zabiły Chloe” to książka niosąca ze sobą duży ładunek emocjonalny i śmiało mogę powiedzieć, że będzie odbijać się echem w umyśle odbiorcy jeszcze przez jakiś czas po skończonej lekturze. Ja z niecierpliwością wyczekuję kolejnych powieści spod pióra Alex Marwood, gdyż zapowiada się ona na jedną z bardziej intrygujących autorek współczesnych.

 

 



wtorek, 29 grudnia 2015

Gdyby nie ona

Wydawnictwo Muza

Liczba stron: 400

 

Joyce Maynard to amerykańska pisarka i dziennikarka, polskiemu czytelnikowi znana już z powieści „Ostatni dzień lata”. Przez jakiś czas związana była ona z J.D.Salingerem, autorem słynnej książki „Buszujący w zbożu”. Relacji, która rozpoczęła się, gdy Maynard była zaledwie osiemnastoletnią dziewczyną, a Salinger dojrzałym pięćdziesięciotrzyletnim mężczyzną, pisarka poświęciła wydaną w 1998 roku biografię zatytułowaną „At Home In The World”.

Rachel i jej młodsza siostra Patty starają się spędzić wakacje na tyle beztrosko, na ile to możliwe. Ich matka, pogrążona w depresji po odejściu męża, nie poświęca dzieciom zbyt wiele uwagi. Dziewczynki często chodzą głodne i nieodpowiednio ubrane. Pozostawione same sobie szwendają się po okolicy, oglądają programy telewizyjne przez okna sąsiadów (ponieważ nie posiadają własnego odbiornika) oraz snują nieprawdopodobne historie.

Wkrótce coś zakłóca spokój sennego kalifornijskiego miasteczka. Na pobliskim wzgórzu dochodzi do serii brutalnych morderstw, których ofiarami padają młode kobiety.  Dochodzenie powierzone zostaje ojcu Rachel i Patty, detektywowi Anthony’emu Torricellemu. Dziewczynki chcąc urozmaicić sobie jakoś wakacyjną nudę, postanawiają wspomóc rodziciela poprzez organizację swojego prywatnego śledztwa.

Mając w pamięci pierwszą przeczytaną przeze mnie książkę Joyce Maynard spodziewałam się dobrze skonstruowanej powieści obyczajowej. Ciekawie zbudowany wątek kryminalny okazał się dla mnie przyjemnym zaskoczeniem. Aczkolwiek z góry uprzedzam, że „Gdyby nie ona” kryminałem nie jest! Jeśli ktoś sięga po tę książkę dokładnie z takim przeświadczeniem, może czekać go gorzkie rozczarowanie. Nowa powieść Maynard to przede wszystkim historia o siostrzanej miłości, która potrafi wytworzyć pomiędzy rodzeństwem szczególną więź. To również opowieść o wchodzeniu w trudny okres dojrzewania, brutalnie zmieniający perspektywę postrzegania świata: z pobłażliwego punktu widzenia dziecka na ujęcie bardziej dorosłe i surowe. Książka ta świetnie obrazuje także, jakim wzorem dla dzieci są rodzice i jak urastają w ich oczach do rangi bohaterów. Niestety dla Rachel i Patty, które stawiały swojego ojca na niesamowicie wysokim piedestale, zderzenie z rzeczywistością okazało się bardzo bolesne w momencie, gdy zaczęły one dostrzegać jego naturalne i jakże ludzkie wady.  

Fabuła powieści przybiera formę pierwszoosobowej narracji prowadzonej przez Rachel. „Gdyby nie ona” koresponduje w pewnym stopniu z „Ostatnim dniem lata”. W obydwu książkach w roli bohaterów i narratorów obsadzeni są nastolatkowie, (tu Rachel, w „Ostatnim dniu lata” trzynastoletni Henry) obydwie mówią o wkraczaniu w dorosłość i oswajaniu się z dopiero budzącą się seksualnością oraz o radzeniu sobie z funkcjonowaniem w niepełnej i nieco dysfunkcyjnej rodzinie.

Zważywszy na to, iż postacią pierwszoplanową jest dziewczynka wchodząca w okres dojrzewania, nie powinno dziwić, że książka obsesyjnie krąży wokół takich tematów, jak śmierć i seks.  Powieść odnosi się też do miłości w różnych jej odmianach: tej podstawowej i pierwotnej pomiędzy dzieckiem a rodzicem, tej siostrzanej oraz tego ledwie kiełkującego pragnienia zaznania bliskości z drugą osobą. „Gdyby nie ona” to książka, która trąca w duszy człowieka nutę tęsknoty za dzieciństwem, jego magią i idyllicznością. Dzięki płynnemu stylowi pisania autorki czyta się ją niezwykle szybko. Jeśli chcecie więc oderwać się na chwilę od trosk dnia codziennego, polecam waszej uwadze właśnie tę lekturę.



niedziela, 27 grudnia 2015

Z krwi i kości

Wydawnictwo Akurat

Liczba stron: 448

 

Jak to bywa w rzeczywistości z rekomendacjami znanych autorów miałam okazję  przekonać się przy okazji recenzji „Dziewczyny z pociągu”. Podejrzewam, że niektórym pisarzom trzeba zapłacić naprawdę okrągłe sumki, żeby wyrażali pochlebne opinie o tak przeciętnych lekturach. W przypadku książki „Z krwi i kości” powieść tę poleca sam Harlan Coben pisząc, że „od thrillerów Williama Lashnera nie sposób się oderwać”. Nie wiem, czy dostał za to jedno zdanie jakieś wynagrodzenie. Mam nadzieję, że tak, ponieważ w jakiś sposób usprawiedliwiałoby to, że rekomenduje tak nijaką książkę. Nie obawiajcie się więc, dla tego konkretnego tytułu nie zarwiecie całych nocy i nie zaczniecie zaniedbywać obowiązków rodzinnych.

Kyle Byrne wiedzie swobodne i swawolne życie. Nie martwi się ani o utrzymanie posady (przecież pracę  zawsze można zmienić), ani o pieniądze (wszak można pożyczyć). Dni upływają mu na graniu w gry wideo oraz na wysiadywaniu w barze prowadzonym przez znajomego. Gdy zamordowany zostaje były wspólnik jego nieżyjącego od czternastu lat ojca, Kyle postanawia zaangażować się w swoje prywatne śledztwo. Chłopak po cichu  liczy na to, że przy okazji uda mu się dowiedzieć nieco więcej o burzliwej przeszłości jego rodziciela, prawnika Liama Byrne’a. Młody Byrne stając się zbyt ciekawskim przykuwa uwagę ludzi, którzy nie tylko zajmują wysokie pozycje na szczycie władzy, ale także są bardzo  niebezpieczni.

Jak taki próżniak i kompletny ignorant mógł zostać zamieszany w aferę sięgającą najwyższych kręgów politycznej hierarchii nie wiem do tej pory i tłumaczyć mogę to tylko niefortunnym zbiegiem okoliczności. Kyle w ogóle nie ma zadatków na charyzmatycznego bohatera, który mógłby stawić czoła skorumpowanemu i podstępnemu establishmentowi rozbijając jego struktury od wewnątrz. Bliżej mu do niezbyt rozumnego bajkowego Głupiego Jasia niż do Jamesa Bonda. A jednak autor miał na niego niebywały pomysł! Okazuje się, że u Lashnera dotychczas flejtuchowaty i rozlazły Byrne nie tylko staje się dociekliwym śledczym, ale także zaczyna wzbudzać strach wśród największych bossów półświatka! Przemiana wprost niebywała! Dodatkowo Kyle jest niezmiernie irytujący i brak mu krztyny poczucia humoru. Najgorsze jest zaś to, że w całej książce nie uświadczymy żadnej porywającej postaci drugoplanowej, rozbudowanej na tyle, by stanowiła ona przeciwwagę dla nieudolnego głównego bohatera.

Zauważyłam dziwną tendencję do określania mianem thrillera wszystkich powieści niemieszczących się w kanonie typowych kryminałów, ani powieści sensacyjnych. Z definicji słownika wyrazów obcych wynika, że thriller to „powieść, sztuka, teatr mające budzić zainteresowanie sensacyjną i pełną napięcia akcją, mrożącymi krew w żyłach przygodami, scenami pełnymi okropności i grozą wiszącą nad bohaterami”* Otóż w powieści Lashnera budzi zainteresowanie jedynie tytuł i okładka. „Z krwi i kości” to książka pozbawiona jakiegokolwiek dreszczyku emocji i równie dobrze mogłaby uchodzić za opowieść relacjonowaną przez  nudnego wujka, który trochę lubi popuścić wodze fantazji na spotkaniach rodzinnych. O wartkiej akcji nie wspominam, gdyż nie ma jej wcale. Dialogi są nużące, intryga okazuje się absurdalna, a samo zakończenie tak do bólu przewidywalne i mdłe, że szkoda się nad nim roztkliwiać. To moje pierwsze spotkanie z twórczością Williama Lashnera i chyba ostatnie. Autor nie przyciągnął mnie zupełnie niczym.

 

*Władysław Kopaliński, Podręczny słownik wyrazów obcych, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 1999, s.772.

 



środa, 23 grudnia 2015

Dziewczyna z pociągu

Wydawnictwo Świat Książki

Liczba stron: 328

 

Ktoś w Stanach co sześć sekund kupuje tę powieść. Polecają ją same słynne nazwiska. Media społecznościowe oszalały na jej punkcie jeszcze przed oficjalną premierą. Tak, „Dziewczyna  z pociągu” miała tak świetny marketing, że padło i na mnie. Choć rzadko mi się to zdarza, postanowiłam ulec pokusie i przekonać się na własnej skórze, o co ten cały szum. Opinie o książce są podzielone: te zdecydowanie negatywne przeplatają się na równi z zachwalającymi. Jak więc jest z „Dziewczyną z pociągu”? To hit, czy kit?

Rachel codziennie jeździ tym samym pociągiem na linii Ashbury-Londyn. Dwukrotnie, raz rano, raz wieczorem pociąg zatrzymuje się przed wadliwym semaforem. Rachel w trakcie tych kilkudziesięciu sekund postoju ma szansę obserwować domy znajdujące się przy torowisku. Przygląda się ich mieszkańcom i wyobraża sobie jak wygląda ich życie. Z czasem niektórych z nich zaczyna uważać za swoich bliskich znajomych. Pewnego dnia widzi skazę na z pozoru idealnym obrazku prezentowanym przez małżeństwo zamieszkujące dom pod numerem piętnastym. Postanawia, że nastała pora na zerwanie z rolą biernego obserwatora i nadszedł czas na interwencję.

Najpierw obalę kilka mitów pojawiających się już na okładce. Stephen King komplementuje powieść pisząc o niej „Znakomity thriller. Nie mogłem się oderwać przez całą noc”. Już dawno przekonałam się, że nie zawsze należy kierować się rekomendacjami Kinga, gdyż, jak przeczytałam kiedyś w jego biografii, często lubi on umieszczać jakieś pochlebne zdanie na okładce książki debiutującego autora chcąc mu w ten sposób pomóc w karierze. Dlatego też zawsze, gdy widzę, że jakiś tytuł poleca King, traktuję to z lekkim przymrużeniem oka. Jednak na odwrocie powieści mamy jeszcze lepsze smaczki. „Co za postaci, co za sytuacja, co za książka! To Alfred Hitchcock nowego pokolenia” pisze znany scenarzysta filmowy i autor „Pielgrzyma”, Terry Hayes. Zawsze śmieszą mnie takie porównania do ikon kultury, szczególnie jeśli odnoszą się one do zupełnych nowicjuszy. Otóż, niestety chyba nie będzie to dla was zaskoczeniem, Paulę Hawkins od Hitchcocka dzieli ogromna przepaść. Tess Gerritsen i Lisa Gardner, autorki poczytnych thrillerów sugerują natomiast czytelnikowi, że to powieść kompletnie nieprzewidywalna i pełna napięcia, a zakończenie było dla nich tajemnicą praktycznie do ostatniej strony. Skoro taką recenzję wystawiają doświadczone pisarki, do tego mające na koncie kilkadziesiąt powieści nieschodzących z list bestsellerów, coś musi być na rzeczy. Jak okazało się w praktyce, po 80 stronach miałam podejrzenia, kto jest sprawcą. Na końcu stało się oczywistym, że mam stuprocentową rację, udało mi się nawet odgadnąć motywy kierujące złoczyńcą. Jaki z tego wniosek? Albo w moim przypadku zadziałała niezwykła dedukcja prawie na miarę Sherlocka Holmesa, albo obie panie zwyczajnie ubarwiły swą opinię, a książka wcale nie jest tak nieprzewidywalna, na jaką ją kreują. Jeśli chodzi o napięcie, uważam, że w thrillerach psychologicznych (a tak właśnie klasyfikuje się książkę Hawkins) podtrzymanie dreszczyku niepokoju u czytelnika  jest warunkiem kluczowym. Czy w „Dziewczynie z pociągu” możemy mówić o jakimkolwiek napięciu? Moim zdaniem nie. Akcja toczy się bardzo monotonnie i odrobinę rozwija się dopiero w finałowych rozdziałach. Fabuła skupia się zaś przede wszystkim na spożywaniu przez Rachel różnych trunków i na próbach wypełnienia przez nią luk w pamięci powstałych w stanie upojenia alkoholowego.

Choć główną bohaterką jest Rachel i to ona jest narratorką w książce, niektóre zdarzenia przedstawione są z perspektywy dwóch postaci pobocznych: Megan i Anny. Wszystkie trzy kobiety wywołują u czytelnika ambiwalentne odczucia, przede wszystkim gniew i współczucie, trudno jednakże je polubić. Zabieg z trzema narratorami wprowadza trochę zamieszania w tej, w zasadzie niewielkiej objętościowo książce. Autorka nie tylko przeskakuje pomiędzy osobami relacjonującymi bieg wypadków, lecz także lawiruje pomiędzy wydarzeniami w czasie. Raz czytamy o tym, co przytrafiło się w sierpniu, potem w lipcu, by znów powrócić do sierpnia, a potem do września ubiegłego roku. Każdy rozdział przybiera formę streszczenia wydarzeń danego dnia, z podzieleniem go na różne pory: rano, popołudnie i wieczór.  

Co przemawia za tą książką? Pomimo tych wszystkich „ale” przyznaję, że zaciekawiła mnie w pewnym stopniu. Nie wiem, czy zainteresowanie to nie wynikało z ciągłego oczekiwania na niespodziewany wybuch fajerwerków, których ostatecznie nie było w ogóle, niemniej jednak w pewnym momencie wciągnęłam się w całą historię. „Dziewczyna z pociągu” nie należy do zbyt wymagających lektur i raczej nie pozostanie w pamięci odbiorcy na długo, ale można ją potraktować jako przerywnik pomiędzy innymi, bardziej ambitnymi tytułami. Do hitów jej nie zaliczę, bo nie wniosła do mojego życia absolutnie nic, lecz kitem także nie jest, gdyż w ostatecznym rozrachunku nie czuję się okradziona z tych paru godzin poświęconych na lekturę. Podsumowując, tragedii nie było (szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę, że to debiut), ale dalej zastanawiam się, skąd wzięło się to medialne pospolite ruszenie. Ot, przeciętna książka, jakich wiele.

wtorek, 22 grudnia 2015

Butik na Astor Place

Wydawnictwo Muza

Liczba stron: 480

 

Amanda Rosenbloom od zawsze uwielbiała modę i marzyła o własnym butiku. Ale nie o takim zwyczajnym, pełnym ubrań, które dopiero co wyszły spod igły krawca. Amanda kocha styl vintage i bardzo chciałaby, aby jej własny sklep również poprowadzony był w tym klimacie. W końcu udaje jej się spełnić swoje pragnienie i otworzyć mały lokal w Nowym Jorku. „Butik Astor Place” z czasem wyrabia sobie niezłą renomę i staje się dość znanym punktem na mapie miasta. Do zawodowych obowiązków Amandy należy przede wszystkim wyszukiwanie modowych perełek wśród zapomnianych kuferków i szaf pozostawionych na strychach i w piwnicach nowojorskich domostw. W trakcie przetrząsania zawartości mieszkania pewnej wiekowej bogatej damy chcącej sprzedać swoje stare suknie, Amanda natrafia na zaszyty w mufce dziennik. Ponieważ ciekawość zwycięża, kobieta niepostrzeżenie zabiera zapiski ze sobą. Okazuje się, że pamiętnik należał kiedyś do Olive Westcott, młodej dziewczyny, która sto lat wcześniej osiedliła się na Manhattanie. Lektura notatek niezmiernie pochłania Amandę i zaczyna ona szybko dostrzegać, iż ma z Olive wiele wspólnego.

Autorka  w kontrastowy sposób zestawia ze sobą życie dwóch bohaterek, które dzieli całe stulecie. Pokazuje jak wyglądała codzienność w 1907 roku, kiedy to normy społeczne były niezwykle surowe dla kobiet i nakładały na nie wiele ograniczeń. Nie miały one prawa głosu, nie mogły swobodnie podróżować bez eskorty mężczyzny, a próby podjęcia zatrudnienia i osiągnięcia jakiegokolwiek poziomu samodzielności były odbierane przez otoczenie jako akt desperacji z ich strony. Sama sfera ówczesnej edukacji seksualnej, a właściwie jej brak, również wprawia w zdumienie. Lehmann szkic ten zestawia z portretem współczesnej kobiety, reprezentowanej przez Amandę. Przedstawicielka płci żeńskiej w XXI wieku jest wyzwolona, niezależna i odważnie stąpająca po drodze do sukcesu. Ma przy tym świadomość, że ogranicza ją tylko jej wyobraźnia. Jest to nieco uproszczony obraz, gdyż, jak wiemy, rzeczywistość wygląda odrobinę inaczej. Kobiety nie zawsze są doceniane i nieraz stawiane są na mniej uprzywilejowanej pozycji niż mężczyźni, niemniej jednak autorce udało się wypunktować najbardziej znaczące zmiany, jakie nastąpiły w świadomości społecznej na przestrzeni stu lat. Ciekawy jest również fakt, iż pomimo upływającego czasu niektóre wyzwania, jakie stawia przed kobietą epoka pozostają niezmienne. Obecnie kobiety niejednokrotnie też zmuszone są walczyć z konwenansami oraz z podwójnymi standardami.

Powieść składa się z kilkudziesięciu krótkich rozdziałów, których bohaterkami są naprzemiennie Olive i Amanda. Dzięki takiemu zabiegowi książkę czyta się wręcz błyskawicznie, gdyż cały czas chce się zagłębiać w dalsze losy obydwu z nich. Całość lekko okraszona jest modowymi smaczkami, jednakże warstwa obyczajowo-historyczna zdecydowanie góruje nad tą płaszczyzną. Stephanie Lehmann w trakcie opowieści kreśli przed oczami czytelnika dwie nałożone na siebie mapy Nowego Jorku: tą sprzed stu lat i tą teraźniejszą. Powstaje w ten sposób niezwykły plan, uwypuklający zmiany architektoniczne jakie zaszły w mieście w ciągu jednego wieku. W trakcie lektury nie tylko mamy szansę poznać rożne zakątki jednej z największych światowych metropolii, ale także będziemy mieć wrażenie, że tak naprawdę to Nowy Jork jest jedną z postaci pierwszoplanowych.

„Butik na Astor Place” to lekka i klimatyczna powieść, opowiadająca o dwóch odważnych, pełnych pasji i obdarzonych talentem kobietach. Uczą się one na swych błędach, walczą z przeciwnościami losu i poszukują własnej życiowej ścieżki. To książka idealna na leniwe popołudnie przy kawie.



 
1 , 2
Tagi

facebook instagram pinterest

E-mail: uzaleznieniodczytania@wp.pl

stat4u

Teraz czytam

Głosy Pamano