czwartek, 28 maja 2015

Misjonarze z Dywanowa

Księgarnia Zdanowicz

Liczba stron: 383

 

"Misjonarze z Dywanowa. Polski Szwejk na misji w Iraku. Część II - Jonasz" to następna odsłona poczynań poczciwego szeregowego Piotra Leńczyka. Autor cyklu, Władysław Zdanowicz, jest rodzimym Kwidzynianinem. Jak możemy przeczytać w oryginalnej notatce zamieszczonej na jego stronie internetowej - pracuje, gdy przezwycięży lenistwo. Zajmuje go prowadzenie własnej księgarni oraz pisanie kolejnej powieści.  Co ciekawe i warte zaznaczenia, swoje książki wydaje on własny sumptem.

W życiu szeregowego Piotra Leńczyka od czasu przygody z rowerem nastąpiły dwie poważne zmiany. Pierwszą z nich jest oddelegowanie, ku uciesze poprzedniego dowódcy, do plutonu rotacyjno-dyspozycyjnego stanowiącego zbieraninę wyrzutków z różnych oddziałów pod zwierzchnictwem dwóch charyzmatycznych sierżantów - Gecco i Drwala, a drugą - uzyskanie dźwięcznego pseudonimu Rover. Rzecz jasna w nowej kompanii Leńczykowi nuda nie doskwiera, gdyż na brak zajęcia zdecydowanie nie może tam narzekać. Poza tym kłopoty ciągle trzymają się za poły jego munduru, dlatego też czasami koledzy nazywają niefrasobliwego szeregowego Jonaszem. Leńczyk od poprzedniej części "Misjonarzy..." nie zmienił się za wiele. Jak zwykle szybciej coś powie niż pomyśli, przez co jest istnym utrapieniem dla swoich przełożonych, ma niezwykłą tendencję do wplątywania się w przeróżne kabały i wychodzenia z nich w jednym kawałku oraz do nawiązywania ciekawych znajomości. Także nieopanowany wilczy apetyt, który wielokrotnie przysporzył szeregowemu całej gamy trosk pozostał mu na stałym poziomie. Niejeden raz inni żołnierze będą dziwić się jego możliwościom degustacyjnym, jego prostolinijności i otwartości. Niektórzy zastanawiać się nawet będą, czy przez przypadek tylko nie udaje on takiego głupiego, a w rzeczywistości jest działającym pod przykrywką agentem WSI. W końcu nie każdy może równie swobodnie rozmawiać z generałem, jak sam Leńczyk...

"- Nie - zaprzeczył Luzak, wchodząc mu w słowo - o tobie jest inne powiedzenie. Profesjonalny żołnierz jest przewidywalny i można wcześniej założyć, co zrobi i gdzie będzie próbował zaatakować. Wygrywają ci, którzy są nieprzewidywalnymi amatorami, popełniającymi tak głupie błędy, że nikt tego nie zdoła przewidzieć. Tak jak ty... - pokazał mu wszystkie swoje zęby w uśmiechu."*

Drugi tom "Misjonarzy z Dywanowa" już od pierwszych stron obfituje w przygody, absurdalne sytuacje i dobry humor. Dzieje się tutaj znacznie więcej niż w poprzedniej części. Ponieważ pluton rotacyjno-dyspozycyjny ustawicznie wysyłany jest do zabezpieczania terenu, w książce nie zabraknie eksplozji ładunków wybuchowych, intensywnej wymiany ognia z nieprzyjacielem, czy nalotów na kryjówki terrorystów. A w środku tego galimatiasu wyląduje nasz Leńczyk, który de facto nigdy nie powinien się znaleźć na misji stabilizacyjnej. Z kolejnej części "Misjonarzy..." dowiemy się także, dlaczego piątek może być niedzielą, czemu tak istotna jest nauka języków obcych oraz tego, że najlepsza międzynarodowa waluta wymienna powinna mieć odrobinę procentów.

Władysław Zdanowicz przedstawia rzeczywistość wojskową w sposób trochę karykaturalny i wyolbrzymiony, jednakże jest to zabieg jak najbardziej świadomy. Autor dzięki pokazaniu polskiej armii w krzywym zwierciadle uwypukla najistotniejsze problemy, z którymi przychodzi się jej borykać. Papierologia, wysyłanie żołnierzy na misje bez odpowiedniego przeszkolenia, właściwego ekwipunku i wsparcia psychologicznego, czy nadmiernie rozbudowana administracja wojskowa to tylko niektóre z nich. Dodatkowo nieco wulgarny, koszarowy język i nagromadzenie szczegółów nadają powieści znamion autentyczności.

Kto powiedział, że tego typu książki przeznaczone są tylko dla mężczyzn? Ja polubiłam się z szeregowcem Leńczykiem już od pierwszego przeczytania i stał się on dla mnie postacią kultową. Wkrótce spotkam się z nim po raz trzeci przy okazji lektury ostatniego z wydanych (jak do tej pory) tomów "Misjonarzy z Dywanowa". I już szykuję chusteczki na ocieranie łez - ze śmiechu oczywiście.


*Władysław Zdanowicz, Misjonarze z Dywanowa. Polski Szwejk na misji w Iraku, cz.II - Jonasz, Księgarnia Zdanowicz, Kwidzyn 2011, s. 346.


O pierwszej części przygód szeregowca Leńczyka przeczytacie TUTAJ.

niedziela, 24 maja 2015

Wydawnictwo Albatros

Liczba stron: 416

Kate właśnie ukończyła Yale i stoi przed wyborem dalszej ścieżki kariery. Jest rozdarta pomiędzy spełnieniem marzenia swojej matki i zostaniu wziętym prawnikiem, a obraniu własnej drogi życiowej i realizowaniu się jako malarka. Gdy Kate otrzymuje propozycję objęcia posady asystentki znanej fotografki Lydii Schnell, nie waha się ani chwili. Widzi w tym swoją szansę na zdobycie intrygującego wpisu w życiorysie, który przecierałby szlaki do wymarzonej pracy. Doskonale zna francuski, nic nie stoi więc na przeszkodzie, by przeniosła się do Paryża i zamieszkała w okazałej kamienicy Schnellów mieszczącej się w słynnej Szóstej Dzielnicy. Jednak lokum, które przypada Kate odbiega od luksusów. Dziewczyna dostaje do dyspozycji skromną służbówkę na szóstym piętrze, a wynagrodzenie ledwo starcza na pokrycie czynszu i drobnych wydatków. Jej oczekiwania odnośnie rangi powierzonych zadań także szybko zostają brutalnie skorygowane. Kate zajmuje się właściwie wszystkim, począwszy od odbierania rolek filmowych, poprzez załatwianie sprawunków za domowników i na wyprowadzaniu psa zakończywszy. Jakby tego było mało, dziewczyna wplątuje się w sam środek rodzinnych perypetii Schnellów. Wszystko zaczyna się psuć, gdy nawiązuje ona romans z chłopakiem córki Lydii.

"Lekcje francuskiego" to przede wszystkim powieść o odkrywaniu tego, co ma dla człowieka największą wartość. Praca, jakkolwiek by była prestiżowa, nie wypełni każdej luki powstałej w naszym życiu. Na pierwszym miejscu zawsze powinniśmy więc stawiać osoby nam bliskie, które będą dla nas oparciem w najtrudniejszych momentach. Bohaterka książki boleśnie przekonała się na własnej skórze, że fałszywych przyjaciół można mieć na pęczki, lecz są oni jak tombak - ładnie błyszczą i sprawiają chwilową radość, jednak pod złotą powłoczką kryje się ich prawdziwa, niestety mizerna wartość. Wydaje się, że dziewczynie ostatecznie udało się zrozumieć, iż była cały czas wykorzystywana i manipulowano nią, aczkolwiek nie jestem do końca pewna, czy wyciągnęła z tego co ją spotkało jakąś cenną lekcję. Na kartach powieści nie obserwujemy u Kate spektakularnej przemiany wewnętrznej. Nie dojrzewa ona na naszych oczach do tego, by kategorycznie odciąć się od Schnellów. Do końca naiwnie łudzi się, że zachowają się oni wobec niej fair, a ona sama opuści ich dom z laurkową rekomendacją.

Tym, co przemawia na korzyść "Lekcji francuskiego" jest niewątpliwie poruszenie zagadnienia związanego z mobbingiem oraz wykorzystywaniem przez pracodawcę istniejących zależności służbowych. Kate poprzez uwikłanie w dziwne relacje ze swymi chlebodawcami niejeden raz zmuszona była do kłamania i stosowania zasad podwójnej moralności. Mimo wszystko i tutaj czegoś zabrakło. Niestety wykreowana przez Reyl postać głównej bohaterki nie jest w najmniejszym stopniu autentyczna w utrzymywaniu narzuconej jej roli. Może wynika to z flegmatycznego zachowania Kate i jej irytującej postawy, a może zawinił tu brak jakichkolwiek elementów zaskakujących czytelnika. W konsekwencji przedstawiana przez Hilary Reyl historia jest niespójna i przypomina raczej beznamiętną relację niż pełną emocji opowieść o przeżyciach dziewczyny przez przypadek trafiającej w obłudny światek wyrachowanej paryskiej socjety. Żałuję także, że autorka nie poświęciła więcej miejsca chorobie Etienne oraz jego pojednaniu z wujostwem, ponieważ byłaby to jedna z mocniejszych stron książki oraz świetny punkt wyjściowy do rozwinięcia fabuły.

"Lekcje francuskiego" z założenia miały nawiązywać do powieści "Diabeł ubiera się u Prady". Jednakże o ile książka Lauren Weisberger ze świetnie nakreśloną postacią diabolicznej pracodawczyni była nieco ironiczna i obfitowała w zabawne epizody, o tyle powieść Hilary Reyl jest o te komponenty zdecydowanie uboższa. Bohaterce poskąpiono charyzmy, akcja okrojona została z punktów zwrotnych, a zakończenie okazało się pozbawione silnego, podsumowującego akcentu i zupełnie rozmyte, książka urywa się bowiem w pewnym momencie, jak gdyby brakowało w niej kilku końcowych stron. "Lekcje francuskiego" to lektura z rodzaju tych, przez które przedziera się niezwykle mozolnie, a zapomina się o nich odwrotnie proporcjonalnie do tempa czytania. Czyli szybko i bez żalu.

 

 

14:55, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Komentarze (1) »
środa, 20 maja 2015

Miniaturzystka

Wydawnictwo Literackie

Liczba stron: 464

 

"Miniaturzystka" to debiutancka powieść Jessie Burton, przetłumaczona na trzydzieści języków i ciągle wzbudzająca zachwyt wśród czytelników oraz krytyków literackich. Zasłużenie. Misterna konstrukcja, niebanalna fabuła, bogaty język i doskonałe odwzorowanie realiów epoki - to tylko niektóre zalety tej książki.

Rok 1686, Amsterdam. Osiemnastoletnia Petronella Oortman przybywa do domu swojego męża, zamożnego kupca Johannesa Brandta. Jednak po przekroczeniu progu posiadłości nie może liczyć na ciepłe przywitanie ze strony niedawno poślubionego mężczyzny - Johannes wyjechał, by zająć się kolejnymi intratnymi kontraktami handlowymi.  Dziewczynę podejmuje jego siostra, Marin. Kobieta od pierwszej chwili zachowuje dystans wobec Nelli i jest dla niej oziębła. Oszołomiona Petronella nie wie, jak postrzegać ma dziwne postępowanie szwagierki oraz nieobecność małżonka. Gdy po kilku dniach w końcu zjawia się Johannes, dziewczyna nie otrzymuje od niego żadnego pocieszenia, nie może też oczekiwać jakiegokolwiek serdecznego gestu. Mężczyzna wyraźnie unika jej towarzystwa, nie pozwalając sobie nawet na chwilę bliskości u boku młodej żony. Chcąc wynagrodzić pustkę małżeńskiego łoża Johannes ofiarowuje Nelli niesamowity podarunek: replikę ich kamienicy w postaci okazałego kredensu. Fascynujące jest to, że każdy pokój domostwa Brandtów został wiernie odwzorowany w pomniejszeniu. Dziewczyna porzucając złudną nadzieję na otrzymanie choć odrobiny czułości od męża i szukając jednocześnie recepty na przełamanie monotonii wypełniającej jej dni postanawia zająć się urządzaniem niezwykłego domku. Zatrudnia w tym celu tajemniczą miniaturzystkę. Lecz szybko okazuje się, że kobieta sporządza nie tylko zlecone przez Nellę sprzęty. Młoda pani Brandt otrzymuje coraz więcej niezamówionych paczek zawierających realistyczne figurki domowników przedstawione w bardzo niecodzienny sposób. Wszystko wskazuje na to, że miniaturzystka doskonale zna wszelkie sekrety trzymane pod kluczem przez mieszkańców i stara się za pomocą nieoczekiwanych podarków przekazać Nelli ukrytą wiadomość.

Jessie Burton w "Miniaturzystce" kreśli przed czytelnikiem nieznany do tej pory obraz XVII-wiecznego Amsterdamu. To nie tylko stolica kwitnącego handlu. To także miasto pełne zagadek i pozorów. Burton podjęła się w swej książce kilku ważkich tematów, takich jak dyskryminacja ze względu na płeć, pochodzenie rasowe, czy preferencje seksualne. O samym seksie autorka pisze natomiast bez zbytecznej pruderii, skupiając się nie tylko na doznaniach fizycznych, lecz także emocjonalnych.  W intrygujący sposób wplata ona również w fabułę powieści kwestię związków homoseksualnych, w ówczesnych czasach nazywanych aktem sodomii i karanych wyrokiem śmierci.

Jessie Burton na piedestale stawia postać kobiety. Jej bohaterki to osobowości o silnym charakterze, które cechuje upór i determinacja, by dążyć do obranego celu. Zarówno Nella, jak i Marin łamią istniejące konwenanse. Kruszą niewidzialne, lecz mocne bariery dzielące świat mężczyzn i kobiet. Udowadniają one, że pojęcie "słaba płeć" to jedynie pusty frazes i pokazują tym samym, że ową słabość powinny definiować czyny, a nie walory fizyczne. Nella nie jest - jakby mogło się początkowo wydawać -zahukaną dziewczyną ze wsi, która czuje bojaźń wkraczając w krąg wielkomiejskiej socjety. Liczne sytuacje kryzysowe pokazały, że to właśnie ona potrafi zachować zimną krew i postępować rozsądnie, gdy wymagają tego od niej zaistniałe okoliczności. Tymczasem Marin, wbrew pierwszemu wrażeniu jawiącemu ją jako osobę chłodną i nieustannie kalkulującą zyski, okazuje się kobietą pełną pasji i rządną wiedzy.

"Miniaturzystka" to napisana nie tylko subtelnym, ale również niezwykle sugestywnym językiem powieść o złudnych nadziejach, tłumionych tęsknotach i niespełnionych oczekiwaniach. Książka już od pierwszej strony wciąga nas w osnute woalem tajemnic realia XVII-wiecznego miasta portowego, wypełnionego po brzegi problemami dręczącymi drobnomieszczańskich osadników i amsterdamską śmietankę towarzyską. Autorka w wyważony sposób połączyła wątki społeczno-obyczajowe z elementami historycznymi, ofiarowując tym samym odbiorcy bardzo dobrze skomponowaną i przemyślaną w swej strukturze wielowątkową powieść. "Miniaturzystka" to także w pewien sposób książka ponadczasowa, ponieważ piętnuje przywary ludzkie odnoszące się także do współczesnego człowieka. Mowa tu chociażby o obłudzie i świętoszkowatości, których doskonałym książkowym przykładem jest Marin: z pozoru bogobojna i cnotliwa, w rzeczywistości nosząca pod skromnym strojem sobolowe skórki i aksamity.

Powieść Jessie Burton pozostawia pewien niedosyt. Nie wszystkie podjęte przez autorkę kwestie zostały ostatecznie rozwiązane. Umożliwia to czytelnikowi uruchomienie wyobraźni i ułożenie własnego epilogu dla opowiadanej historii. Wydaje mi się, że podobnie jak w przypadku tytułowej miniaturzystki, tym niedomkniętym zakończeniem autorka starała się zasugerować odbiorcy, by to on sam został ostatecznym architektem dalszych losów Petronelli. Serdecznie polecam "Miniaturzystkę" wszystkim tym, którzy lubią zaczytywać się w powieściach obyczajowych utrzymanych w nieco mrocznym klimacie. A po debiut Jessie Burton zdecydowanie warto sięgnąć!

piątek, 15 maja 2015

Podziemny labirynt

Wydawnictwo Albatros

Liczba stron: 464

 

Z twórczością Jamesa Rollinsa miałam przyjemność zetknąć się po raz pierwszy. Cieszę się, że spotkanie to przypadło właśnie na jego debiutancką książkę zatytułowaną "Podziemny labirynt". Ten amerykański pisarz polskiego pochodzenia (właściwie nazywający się James Paul Czajkowski) ma już ugruntowaną pozycję wśród autorów powieści przygodowych, a jego książki cieszą się statusem światowych bestsellerów.

Pod lodami Antarktydy odkryto sieć ciągnących się przez setki kilometrów jaskiń. Zadanie zbadania tego niezwykłego kompleksu scedowano na grupę naukowców pod przewodnictwem pięknej i błyskotliwej pani antropolog Ashley Carter oraz doświadczonego i niepokornego grotołaza Bena Brusta. Ekipa eksploracyjna staje przed szansą dokonania szeregu epokowych odkryć, bowiem w znajdującym się przez tysiące lat w izolacji ekosystemie zaadoptowały się niezwykłe okazy flory i fauny. Wyprawa ta wiąże się jednak z ogromnym niebezpieczeństwem, którego badacze nie są do końca świadomi. Nie wiedzą oni, że poprzednia grupa, której powierzono analogiczną misję nigdy nie powróciła na powierzchnię, a wszelki ślad po niej zaginął.

James Rollins już od pierwszych stron narzuca niezwykle szybkie tempo akcji. Czytelnik nie ma ani sekundy na nudę, gdyż na kartach książki cały czas coś się dzieje. Wykreowany przez autora podziemny świat przypomina nieco ten znany mi do tej pory z "Podróży do wnętrza Ziemi" Juliusza Verne'a. Rollins także obrał za miejsce akcji swojej powieści krainę mieszczącą się głęboko pod powierzchnią Ziemi, pełną niebezpieczeństw i tajemniczych stworzeń. "Podziemny labirynt" Rollinsa obfituje w niesamowite przygody rodem z książek fantasy, pozwalając odbiorcy popuścić wodze wyobraźni. Mamy tutaj również odrobinę wątków kryminalnych i sensacyjnych. Trup ściele się gęsto, a  czarny charakter od początku stara się sabotować całą eskapadę. Całość ubarwiają efekty specjalne w postaci  licznych pościgów i spektakularnych wybuchów. Nie brakuje również motywów komediowych, absurdalnych pomysłów i zabawnych gierek słownych. Pojawia się nawet pikantny epizod miłosny pomiędzy dwójką głównych bohaterów.

James Rollins niezaprzeczalnie lubi czerpać z różnych stylów literackich. Zaserwowany w postaci "Podziemnego labiryntu" miszmasz jest bardzo strawny, lekki i przyjemny. Książka wciąga i zaostrza apetyt na więcej. Podejrzewam, że przypadnie ona do gustu wszystkim tym, którzy uwielbiają archeologiczne i odrobinę fantazyjne zagadki wyjęte żywcem z filmów o Indianie Jonesie. Ja po tytuły z dorobku Rollinsa na pewno sięgnę jeszcze niejednokrotnie, gdyż swą pierwszą powieścią zafundował mi on kilka godzin dobrej rozrywki. A dalej może być tylko jeszcze lepiej. Taką mam przynajmniej nadzieję.



środa, 06 maja 2015

daj mi więcej

Wydawnictwo Muza

Liczba stron: 336

 

Pola i Tomasz są parą jeszcze od czasów liceum. Oboje są piękni, młodzi (tuż po dwudziestce), studiujący, pracujący. Wychowani w niewielkim Miasteczku postanawiają zmienić swoje życie i szturmem zdobyć wielki świat. Porzucają rodzinną miejscowość i rozpoczynają karierę w stolicy. Pola, początkowo nastawiona na oszałamiający sukces jako ambitna dziennikarka, szybko musi porzucić swoje marzenia i podjąć się redagowania plotkarskiej rubryki w popularnym brukowcu. Tomasz wręcz przeciwnie, nawet nie dopuszcza do siebie myśli o rezygnacji z upatrzonego celu. Chłopak postanawia wybrać łatwą drogę na szczyt - poprzez łóżko. Związek z Polą nie przeszkadza mu w nawiązaniu potajemnego romansu ze znanym i dużo starszym od siebie producentem telewizyjnym.

Paulina Klepacz opisuje perypetie pewnej grupy będącej jedynie wycinkiem społeczności współczesnych dwudziestolatków. Nie wyobrażam sobie, żeby prezentowany przez autorkę obraz młodych ludzi zamykał w swych ramach całe grono osób pomiędzy dwudziestym a trzydziestym rokiem życia. Sama zaliczam się do tego przedziału wiekowego i w swoim najbliższym otoczeniu oraz wśród swoich znajomych nie obserwuję opisywanych przez Klepacz zachowań. Nie znaczy to, że takowe nie istnieją. Tak jak wspominałam, dotyczą one pewnej fragmentarycznej grupy. Dlatego też autorka swym bohaterom przynależnym do danego kręgu towarzyskiego nadała cechy mocne, wyraziste i w pewien sposób nieco przerysowane. Są to bowiem postacie, dla których nie istnieje żadne "pomiędzy". Dla których liczy się wszystko, albo nic. Są to osobowości, które zgodnie z tym co sugeruje tytuł książki, wciąż chcą od życia więcej i więcej. Nie zadowalają się one tym, co jest na wyciągnięcie ręki, lecz stale stawiają przed sobą niedoścignione ideały.

Czy to "prawdziwe wielkomiejskie love story", jak możemy przeczytać na okładce? Uczepiłabym się słowa "prawdziwe", gdyż jestem wręcz przekonana o tym, iż nie tak wyglądają wszystkie historie miłosne rozgrywające się w dużych metropoliach. Książka "Daj mi więcej" dotyka przede wszystkim teraźniejszych bolączek związanych z życiem w wielkim mieście. Autorka kreuje rzeczywistość, w której by dojść na szczyt, trzeba brać udział  w wyścigu szczurów i dążyć po trupach do celu. Klepacz wiele uwagi poświęca tendencji do popadania w egoizm, toksycznym związkom i zdradom. Jej powieść epatuje seksualnością obdartą z wszelkich zahamowań. Używa ona mocnego języka, czasem ocierającego się o wulgarność. W trakcie lektury nie mogłam oprzeć się także wrażeniu, że główna bohaterka po części jest odzwierciedleniem samej autorki. Odczucie to szczególnie pogłębiło się, gdy Pola zaangażowała się w pisanie powieści o sobie samej i o jej relacji z Tomaszem. To rozmycie granicy pomiędzy pisarzem a bohaterem sprawia, że temat podejmowany w książce staje się jeszcze bardziej frapujący.

Książkę Pauliny Klepacz czytało mi się bardzo dobrze i pochłonęłam ją w jedno popołudnie, lecz czy przypadła mi do gustu? Zdecydowanie tak! I to pomimo tego, iż mnie do głównych bohaterów było jednak troszkę za daleko i nie utożsamiałam się z nimi w żadnym stopniu. Uważam za niezwykle intrygujące poznawanie odmiennego punkt widzenia oraz innych wzorców behawioralnych, tak odległych od naszych własnych. Oceniam powieść Pauliny Klepacz jako kontrowersyjny, ostry debiut. Niestety podejrzewam, że to, co dla mnie w tym przypadku jest plusem dla tej powieści, dla innych okazać może się jej wadą.

 



15:00, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Komentarze (3) »
Tagi

facebook instagram pinterest

E-mail: uzaleznieniodczytania@wp.pl

stat4u

Teraz czytam

Głosy Pamano