środa, 31 maja 2017

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Liczba stron: 336

 

Ian Mcguire to angielski autor,  nominowany do Booker Prize 2016 za książkę „Na wodach północy”.

Jest rok 1859. Na Grenlandię wypływa statek wielorybniczy „Ochotnik”. Na jego pokładzie nie znajdziemy jednak kwiatu marynarskiego fachu. Połów wielorybów to ciężki kawałek chleba, a ten kto para się takim zajęciem musi być nie tylko ogorzały od słońca i morskiej bryzy, ale też mieć w sobie coś z okrutnika. Nic więc dziwnego, że na deski pokładu trafiają typy spod ciemnej gwiazdy, w tym najgorszy ich przedstawiciel, harpunnik Henry Drax – złodziej i morderca w jednej osobie. Zupełnie przypadkowo do pracy na „Ochotniku” jako lekarz pokładowy zaciąga się Patrick Sumner, weteran powstania sipajów w Indiach. Sumner - obecnie opiumista, a wcześniej felczer, który odszedł z armii w atmosferze skandalu – zdecydowanie nie jest osobą o krystalicznej reputacji, choć i tak wydaje się być najbardziej prawy spośród całej załogi.

„Na wodach północy” to książka słona jak morska woda. Męska, miejscami wulgarna, nie stroni od języka rodem z rynsztoka. Jest to opowieść ciosana ostrym kawałkiem lodu. Mówi o prymitywnych instynktach, które biorą górę nad człowiekiem. U bohaterów McGuire’a własne potrzeby stawiane są na pierwszym miejscu. Niekiedy są one czysto pierwotne, jak zaspokojenie głodu, czy przetrwanie, a czasem stricte hedonistyczne, jak danie upustu własnym żądzom lub nałogom.

„Zostało mu szesnaście godzin na zrobienie tego, co musi zrobić – cokolwiek to jest. Na ponowne zaspokojenie. Tym świerzbiącym łaknieniem wyraża swe pragnienia ciało, ono przemawia do niego szeptem, to mamrotaniem, to krzykiem. Zew, który nigdy nie milknie, a gdy w końcu ucichnie, on będzie wiedział, że jakiś chuj koniec końców go ukatrupił, i taki będzie kres”.*

Książka „Na wodach północy” ma w sobie coś zwierzęcego i surowego. Jest odpychająca i wciągająca równocześnie. McGuire hołduje naturalizmowi w czystej postaci, co widzimy w brutalnych opisach połowu wielorybów, polowań na foki i niedźwiedzie, czy obrazowych deskrypcjach zbrodni. Jeśli jesteście wrażliwym typem czytelnika i od książki oczekujecie doznań estetycznych, nie jest to lektura dla was, pełno tu bowiem krwi, wszelkich wydzielin, plwocin, brudu, smrodu i fekaliów.

To opowieść nie tylko o morderczej walce człowieka z naturą, ale także człowieka z drugą istotą ludzką. McGuire wprost genialnie wykreował swoich bohaterów. Są nieupiększeni, wyraziści, wręcz namacalni. Początkowo Sumnera i Draxa odbierać będziemy jako dwóch antagonistów, prawie archetypiczne zderzenie dobra ze złem, jednak im bardziej powieść zbliżać się będzie ku końcowi, tym więcej zaczniemy dostrzegać pomiędzy nimi podobieństw. Ostatecznie Sumner, dotychczas brzydzący się czynami Draxa, sam skłoni się ku kradzieży oraz popełnieniu morderstwa z zimną krwią.

„(…) nie pozostał już żaden grzech, są tylko krew, woda i lód. Tylko życie i śmierć, i szarozielona przestrzeń pomiędzy nimi”.**

Ian McGuire w „Na wodach północy” przeniesie nas na Grenlandię - w miejsce, gdzie lodowate powietrze zamarza w płucach. Otrzymamy od niego powieść wyjątkową, wywołującą w odbiorcy szereg sprzecznych odczuć: od niesmaku po chorobliwe zaciekawienie. To książka o podwójnym dnie. Jednocześnie skłania do smutnej refleksji nad kondycją ludzkości oraz jest bezlitosna i gorzka w swym przekazie. Tutaj chciwość bierze górę nad przyzwoitością, a dobre intencje nie są nagradzane, lecz potępiane. Pióro McGuire’a przypomina lapidarny styl Micheala Crummeya oraz realizm charakterystyczny dla Cormaca McCarthy’ego. Polecam tę książkę nie tylko miłośnikom Hermana Melville’a, ale również dwóch wspomnianych wyżej autorów.

*Ian McGuire, Na wodach północy, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2017, s.11-12.

*Ibidem, s. 65.

 



środa, 03 maja 2017

Zapomniany walc

Wydawnictwo Wiatr od Morza

Liczba stron:256

 

Bohaterką książki jest trzydziestokilkuletnia Gina Moynihan. Gina ma poukładane życie. Odnosi sukcesy w branży IT i wydaje się być szczęśliwa z Conorem - facetem, który może i nie przyprawia o nieustanne drżenie serca, ale za to z którym chce się założyć rodzinę i kupić dom w spokojnej dzielnicy. Pewnego dnia na przyjęciu w ogrodzie Gina poznaje Seána, sąsiada swojej siostry. Jest to mężczyzna w średnim wieku, ma żonę i małą córkę, o której krążą pogłoski, że choruje na tajemniczą przypadłość. Przy pierwszym spotkaniu tych dwoje nie zwraca na siebie większej uwagi. Dopiero po kilku latach ich drogi zbiegają się ponownie podczas wyjazdu służbowego. Kilka drinków w barze, luźna atmosfera i w ten sposób lądują w łóżku. Ta jednorazowa przygoda dość niespodziewanie przeradza się w romans, dla którego Gina jest w stanie zaryzykować swoje małżeństwo.

Zarys fabuły brzmi jak klasyczne łzawe romansidło. Niech was to nie zwiedzie, gdyż książce Anne Enright do banalności i ckliwości niezwykle daleko. Autorka oddaje prowadzenie narracji Ginie, która nie stroni od uszczypliwości i ciętego języka. Potrafi też w sposób nie tylko humorystyczny, ale i bardzo krytyczny dokonywać oceny zarówno otoczenia, jak  i własnej osoby. Nie „cacka” się ze sobą i nie udaje rozmemłanej pensjonariuszki przechodzącej pierwsze miłosne uniesienia. Odważnie i prowokująco mówi o seksie. To kobieta twardo stąpająca po ziemi, która doskonale zdaje sobie sprawę z możliwych konsekwencji swoich poczynań. Kiedy zaczyna spotykać się z ostracyzmem ze strony środowiska i najbliższych nie zadaje sobie pytania „dlaczego tak się stało?”, tylko „w którym momencie sprawy przybrały tak zły obrót?”.

W powieści Enright mamy do czynienia z dokładną wiwisekcją relacji pomiędzy Giną i Seánem: począwszy od zaślepienia wywołanego romantycznym zauroczeniem, niepohamowanej żądzy i potajemnych schadzek w hotelowych pokojach do pierwszych kłótni i dostrzegania przywar partnera. Tych dwoje zupełnie inaczej patrzy na swój związek, gdy zaczynają dotykać ich problemy finansowe oraz kłopoty rodzinne. Drugoplanową bohaterką książki jest córka Seána Evie. Autorka od początku sugeruje, że Evie choruje, choć aby dowiedzieć się co to za dolegliwość musimy poczekać praktycznie do samego końca. Choroba mogła być przyczyną rozpadu małżeństwa jej rodziców, chociaż niewykluczone, że bardziej na jego demontaż wpłynęły wygórowane i niemożliwe do spełnienia oczekiwania Seána i Aileen wobec dziecka.

Walc kojarzy się nam przede wszystkim z romantycznym tańcem dwojga zakochanych. Odnosząc się do tytułu książki, zapomniany walc może sugerować tęsknotę za utraconą miłością. Jednak stwierdzenie, że książka Anne Enright traktuje tylko o miłości i o zdradzie małżeńskiej byłoby ogromnym uproszczeniem. „Zapomniany walc” jest również po części satyrą społeczną na młodych, spełnionych zawodowo Irlandczyków żyjących w trakcie przypadającego pod koniec pierwszej dekady XXI w. boomu ekonomicznego. Łatwe pieniądze, rozrzutność, wybujałe ego i hedonizm ścierają się z pozorną dorosłością i odpowiedzialnością.

Enright lubi wodzić też czytelnika za nos. W tej książce istnieje bardzo dużo niewiadomych. Nie mamy pewności, czy Gina zostanie z Seánem oraz czy Evie ostatecznie zaakceptuje kochankę ojca. Nie wiemy, czy Seánowi nie zdarzy się kolejny „skok w bok”, wszak robił to już wcześniej co najmniej dwukrotnie.  Co ważne, powieść ta nie będzie nas zmuszała do fałszywej zadumy. Nie uświadczymy tu udawanej pokory i dążenia do odkupienia swych grzechów. I choć Gina nie jest osobą złą i możemy podziwiać ją za odważne podążanie za głosem serca, finalnie nie będziemy jej współczuć.

"- Wszyscy są samolubni - powiedziałam - tylko różnie to nazywają.

- Tak myślisz?

- Wiem to."*

*Zapomniany walc, Anne Enright, Wydawnictwo Wiatr od Morza, Gdańsk 2017, s. 165.



11:39, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Dodaj komentarz »
Tagi

facebook instagram pinterest

E-mail: uzaleznieniodczytania@wp.pl

stat4u

Teraz czytam

Głosy Pamano