czwartek, 25 czerwca 2015

Ostatnia wola

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Liczba stron: 280

 

Joanna Szwechłowicz zadebiutowała w 2014 roku utrzymaną w klimacie retro powieścią "Tajemnica szkoły dla panien". Rok później, efektem flirtu autorki z kryminałem zachowanym we wspomnianym wyżej stylu było ukazanie się na polskim rynku wydawniczym książki zatytułowanej "Ostatnia wola".

Chorująca na nowotwór dziewięćdziesięciopięcioletnia Wirydianna Korzycka postanawia pożegnać się z życiem, ale na własnych warunkach. A ponieważ jest niebywałą ekscentryczką, chce odejść przy pełnej widowni i w atmosferze skandalu. Zaprasza w tym celu do swojej posiadłości wybranych według własnego widzimisię krewnych dalszych i bliższych. Nikt nie wie, jakimi kryteriami kierowała się Wirydianna w procesie selekcji, pewne natomiast jest, że jeden z gości stanie się dziedzicem majętnej ciotki. Tak przynajmniej zapowiedziała ona w liście rozesłanym do każdego z członków szacownego grona. Jednakże szyki starszej, stetryczałej pani miesza (o ile można mówić o czymś takim w przypadku dziewięćdziesięciopięciolatki)...jej przedwczesna śmierć. Wirydianna zostaje bowiem zamordowana we własnej sypialni. Co więcej, nie jest to jedyna zbrodnia popełniona w domostwie Korzyckiej. W pokoju na piętrze wkrótce zostaje znalezione ciało jednego z przyjezdnych krewniaków.

Akcja powieści rozpoczyna się w dzień przed Sylwestrem 1938 roku i rozgrywa się w przeciągu trzech dni. Autorka zachowała jedność akcji i miejsca, wszystkie wydarzenia oscylują bowiem wokół rozwikłania zagadki tajemniczych morderstw i toczą się w tej samej scenerii posiadłości Korzyckiej. W książce pełno jest fałszywych tropów, bohaterowie wzajemnie obrzucają się oskarżeniami, a rozwiązania sprawy podejmuje się nietuzinkowy detektyw w postaci zakonnika Herbsta. Smaczku dodają też liczne tajemnice skrzętnie ukrywane przez potencjalnych spadkobierców i stopniowo ujawniane w miarę rozwoju wypadków.

Początek "Ostatniej woli" przypominał mi nieco krótką powieść Agathy Christie zatytułowaną "Dziesięciu Murzynków". Podobnie jak  w książce Christie, zaproszeni goście zostali odcięci od świata, z tym że u Christie był to hotel położony na wyspie, a u Szwechłowicz jest to dom zasypany przez śnieżycę. W obu przypadkach dochodzi do kilku morderstw, a zabójcą jest ktoś z przybyłych. Muszę przyznać, że Joannie Szwechłowicz wspaniale udało się odtworzyć ten jakże ulotny i trudny do opisania współczesnemu pisarzowi klimat retro. Autorka operuje bogatym językiem dostosowanym do charakteryzowanej epoki, w której dobre wychowanie było uznawane za największą z zalet, kobiety ubóstwiały zadawać szyku, a dżentelmeni kochali uwodzić niewiasty w wyrafinowany sposób. Szwechłowicz świetnie oddaje tę lekko mroczną atmosferę subtelnie zbliżoną do kryminału noir, gdzie prawie wyczuwa się leniwie snujący się dym papierosowy, bohaterowie są cyniczni i podejrzliwi względem siebie, zaś mężczyźni powszechnie uznawani za skończonych drani okazują się najbardziej godni zaufania. Warte odnotowania jest, iż w "Ostatniej woli" nakreślenie tła powieści jest równie istotne, co i sama intryga kryminalna. Z dygresji czynionych przez główne postaci wyłania się mianowicie obraz świata stojącego właśnie u progu wybuchu drugiej wojny, ze święcącym triumfy u szczytu władzy Hitlerem oraz pogrążoną w głębokim kryzysie gospodarką  międzynarodową.

Zakończenie książki było dla mnie ogromną niespodzianką. Przeważnie czytając powieści kryminalne gdzieś w połowie lektury wiem, kto jest czarnym charakterem, lub przynajmniej domyślam się tego. W "Ostatniej woli" praktycznie do samego końca pozostawało to dla mnie niewiadomą. Równie zaskakujące okazały się także motywy kierujące mordercą. Polecam tę książkę każdemu, kto w planach ma spędzenie popołudnia z ciekawą lekturą obfitującą w inteligentny humor. Mnie trzystustronicowa powieść Joanny Szwechłowicz skradła niepostrzeżenie kilka godzin, których w żaden sposób nie żałuję.  

środa, 24 czerwca 2015

Za żadne skarby

Wydawnictwo Otwarte

Liczba stron: 440

 

Tajemnicą owiane jest, jakie nazwiska stoją za pseudonimem "Vera Falski". Ujawniono jednak, że postać tę współtworzą dwie popularne polskie pisarki, które wpadły na pomysł napisania wspólnie książki skierowanej do kobiet. Pierwszy człon pseudonimu - "Vera" - oznaczać ma rzeczywistość, "Falski" natomiast dla równowagi fałsz. Takie połączenie sugeruje, że mamy do czynienia z iście intrygującym i wciągającym debiutem. Czy tak jest w istocie?

Wszystko w życiu Ewy przypominało scenariusz filmowy. Młodziutka dziewczyna wyrywa się z małej wsi i w pogoni za marzeniami udaje się do dużego miasta. Tam podejmuje studia, a żeby zarobić na swe utrzymanie pracuje popołudniami w sklepie. Skromną pensją wspiera także rodziców i trójkę rodzeństwa. Po kilku latach kończy z wyróżnieniem mikrobiologię i postanawia kontynuować swoją akademicką karierę otwierając przewód doktorski.

W momencie rozpoczęcia powieści Ewa ma już dwadzieścia pięć lat. Od pewnego czasu mieszka wraz ze swym chłopakiem Markiem, który pomimo tego, że jest do bólu praktyczny i żaden z niego romantyk, daje jej poczucie bezpieczeństwa i to właśnie z nim dziewczyna chce budować swą przyszłość. Ewa spełnia się zawodowo ciężko pracując na swój sukces. Jej zaangażowanie procentuje, gdyż wkrótce zostaje wybrana na stypendystkę w zespole światowej sławy mikrobiologa. Na dodatek staż miałby odbywać się w Paryżu! Niestety stojącą u szczytu swoich marzeń Ewę czeka brutalne starcie z rzeczywistością. Jeden telefon sprawi, że będzie musiała porzucić swe wielkomiejskie życie i powrócić na łono wężówkowego matecznika, by pomóc niestroniącemu od alkoholu ojcu w opiece nad dwiema młodszymi siostrami i schorowanym siedmioletnim bratem.

Książkę Very Falski można podzielić na trzy części rodzajowe, które kolejno reprezentują cechy charakterystyczne dla następujących odmian gatunkowych: powieści obyczajowej, romansu i powieści sensacyjnej. W "Za żadne skarby" mamy do czynienia z historią starą jak świat: biedna dziewczyna poznaje bogatego, przystojnego mężczyznę i zakochuje się w nim. Jak to bywa w przypadku książki, której fabuła oscyluje wokół takowego wątku, konieczna jest seria rozstań i powrotów. Oczywiście okaże się też, że mężczyzna sprawiający na pierwszy rzut oka wrażenie kryształowego, tak naprawdę skrzętnie skrywa swoją dość mroczną stronę charakteru. Pod tym względem styl pisania Very Falski przypominał mi twórczość Tanyi Valko, której to trzy tomy arabskiego cyklu czytałam kilka lat temu.

Akcja promocyjna skupiona wokół powieści Very Falski kreowała autorkę na osobę piszącą o niezwykle niezależnych i silnych kobietach. Co zaskakujące, bohaterka "Za żadne skarby" jest zaprzeczeniem tychże dwóch cech. O ile Ewa wykazywała takie walory na początku powieści, o tyle w chwili poznania Aleksandra następuje w niej magiczna przemiana. Zaczyna wielbić swojego ukochanego na poziomie lekko zbliżonym do zaprezentowanego w popularnej serii dla młodzieży autorstwa Stephanie Meyer. Częstokroć miałam wrażenie, że najchętniej całowałaby ziemię pod jego stopami, patrząc na niego z bezgranicznym oddaniem i zupełnie nie dostrzegając jego wad.

Na okładce powieści znalazła się rekomendacja Janusza Leona Wiśniewskiego, który określa książkę jako "niesłychaną opowieść". Rzeczywiście jest niesłychana, momentami wręcz surrealistyczna. Tragiczna śmierć, zagadki z przeszłości, nieuleczalna choroba, romans na miarę Harlequina, pościgi samochodowe, zdrady małżeńskie, mafijne porachunki, sceny rodem z filmu "Oczy szeroko zamknięte"... W książce z pewnością dzieje się bardzo dużo. Jednak jak dla mnie za wiele tu było wszystkiego po trochu, aby mogło to współgrać jako całość. Liczne wątki zostały rozpoczęte, lecz nieukończone. Może lepiej byłoby skupić się na połowie z nich i opisać je z większą wnikliwością? Taki miszmasz nie zawsze jest zdrowy, ja po skończonej lekturze mam bowiem poczucie przesytu. Miałam wobec tej książki wysokie oczekiwania, jednakże tym razem śmiało mogę napisać, że były to jedynie płonne nadzieje. Nie trafiła do mnie zupełnie.

15:24, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Komentarze (1) »
środa, 10 czerwca 2015

Umarli mają głos

Wydawnictwo Znak

Liczba stron: 304

 

Marek Krajewski to ceniony autor powieści kryminalnych. Polskim czytelnikom najbardziej znany jest jako twórca serii książek o radcy kryminalnym z Breslau, Eberhardzie Mocku oraz o komisarzu policji ze Lwowa Edwardzie Popielskim.

Doktor Jerzy Kawecki, słynny wrocławski patolog, od wielu lat pracował z Markiem Krajewskim w charakterze konsultanta przy pisanych przez niego powieściach. Służył mu swą wiedzą specjalistyczną, dzięki której mroczne kryminały z Breslau są jeszcze bardziej autentyczne i wywołują u czytelników dreszcze. Początkowo czysto zawodowa relacja pomiędzy obydwoma panami szybko przerodziła się w przyjaźń. Książka "Umarli mają głos" to efekt ich, tym razem dwustronnej, współpracy autorskiej. Publikacja ta była pomysłem Jerzego Kaweckiego. Dostarczył on intrygujących materiałów, które następnie Marek Krajewski poddał literackiej obróbce. Pisarz i patolog pod lupę wzięli dwanaście makabrycznych zbrodni, przy których rozwiązywaniu pomagał Kawecki. Dzięki jego wrodzonej dociekliwości i niebanalnemu postępowaniu, wiele z badanych przez niego spraw udało się rozwikłać. Praca Jerzego Kaweckiego polega bowiem na tym, by zapewnić jak najbogatszy i niepodważalny materiał dowodowy.

Najbardziej przeraża fakt, iż charakteryzowane przez duet Kawecki-Krajewski przypadki wydarzyły się naprawdę. Gdzieś w Polsce, może niedaleko nas. Na potrzeby książki, a także po to, by uszanować prywatność rodzin ofiar, zmieniono nazwiska występujących w publikacji postaci oraz niektóre szczegóły i daty wydarzeń. Co wrażliwsze osoby muszą się nastawić na to, że mogą poczuć lekkie mdłości i  rewolucje w żołądku, gdyż jak na literaturę faktu przystało, rzeczowych sprawozdań z sekcji zwłok nie brakuje. Procesy gnilne, wyjmowanie wnętrzności, fetor rozkładu... Każdy, kto sięga po tę lekturę musi być na takie rewelacje przygotowany, ponieważ przed doktorem Kaweckim ludzkie ciało nie kryje żadnych tajemnic. Nie oznacza to jednak, jak można by spodziewać się po historiach prosto ze stołu sekcyjnego, że książka ta ocieka krwią i epatuje makabrycznymi opisami. Pojawiają się one tam, gdzie to konieczne dla wyjaśnienia poszczególnych etapów śledztwa. Reszta przybiera formę płynnej relacji nakreślonej wprawnym piórem Marka Krajewskiego, tak że całość czyta się jak wciągającą powieść.

Książka "Umarli mają głos" ukazuje, jak w rzeczywistości wygląda praca kryminologów i patologów. To nie serialowa efektowność, spektakularne odkrycia i rozwiązywanie spraw w ciągu kilku dni przy pomocy niebotycznie drogiego sprzętu i widowiskowych doświadczeń. To przede wszystkim żmudna praca wymagająca dużo cierpliwości, zmaganie się z opieszałością ze strony świadków zdarzeń, a czasem z uchybieniami ze strony śledczych. W książce stare metody badań kryminalistycznych ścierają się z nowoczesnymi, jak chociażby w rozdziale "Zmowa milczenia". Przedstawia on wydarzenia z  początku lat 90., w których wykonywanie badań DNA nie było jeszcze powszechną procedurą. Skutkowało to tym, że zbrodniarz uchwycony został dopiero po kilku latach, gdy wreszcie można było wykonać takową analizę porównawczą.

Warto pamiętać, że publikacja opiewa prawdziwe ludzkie tragedie. Marek Krajewski dzięki wyrazistym deskrypcjom wprawnie portretuje sylwetki ofiar, odwzorowuje emocje targające ich bliskimi oraz motywy kierujące sprawcami. Autor wiele miejsca poświęca także na jak najwierniejsze zaprezentowanie tła wydarzeń. Książka ta świetnie przybliża również postać Jerzego Kaweckiego, jego ścieżkę kariery i sytuację rodzinną oraz więź, jaka nawiązała sie pomiędzy nim a pisarzem. Bogata jest w liczne dygresje z życia patologa, przybierające formę historyjek wplatanych w opowiadane Krajewskiemu przy kawie i papierosie przypadki.

"Umarli mają głos" to książka niekonwencjonalna. Historie przytaczane czasami gawędziarskim, czasami pełnym zadumy tonem przez sympatycznego doktora, którego cechuje iście angielski humor plus kunszt pisarski Marka Krajewskiego to idealne połączenie. Jest to doskonała lektura dla wielbicieli czarnych kryminałów i literatury faktu, zakładając naturalnie, że mają oni mocne nerwy.

piątek, 05 czerwca 2015

Jaśnie pan

Wydawnictwo Marginesy

Liczba stron: 448

 

Jaume Cabré należy do ścisłego grona najwybitniejszych katalońskich pisarzy. Polskiemu czytelnikowi znany jest on przede wszystkim jako autor powieści "Wyznaję" oraz "Głosy Pamano". W maju br. na rynek wydawniczy trafił "Jaśnie pan", niezwykły kryminał cieszący się uznaniem wśród krytyków i odbiorców niezmiennie od prawie dwudziestu pięciu lat.

Barcelona, 1799 rok. W pokoju hotelowym po jednym z występów zamordowana zostaje słynna śpiewaczka operowa Marie de l'Aube Desflors, nazywana dźwięcznie słowikiem z Orleanu. Wkrótce przed obliczem sprawiedliwości postawiony zostaje Andreu Perramon, młody poeta z którym diwa spędziła upojne chwile w noc zabójstwa. Chłopakowi nie dano żadnych szans na obronę. Długotrwały proces jest niewygodny dla wielu prominentnych osobowości z kręgu arystokratycznej barcelońskiej socjety. Najbardziej na doprowadzeniu do szybkiego skazania Perramona zależy tytułowemu jaśnie panu, czyli don Rafelowi Massó piastującemu urząd cywilnego prezesa Trybunału Królewskiego. Jedyną osobą, która mogłaby zaświadczyć o niewinności Andreu jest muzyk Ferran Sorts. Niestety nieświadomy wiszącej nad przyjacielem groźby Ferran wyrusza na front, by walczyć ku chwale jego królewskiej mości Karola IV. Jest to ponury żart ze strony Opatrzności, gdyż nikt z rodziny Andreu nie wiedząc, gdzie dokładnie przebywa Ferran nie może się z nim skontaktować i prosić o jego wsparcie. Natomiast niczego nieświadomy Sorts śle do swego druha kolejne listy opiewające jego podboje miłosne. 

 

"Ludzka sprawiedliwość z definicji jest niesprawiedliwa".*

 

Powieść „Jaśnie pan” unaocznia nam, jak łatwo jest zniszczyć komuś życie jedynie za pomocą zwykłych pomówień. Jest to kryminał przewrotny, gdyż jego akcja nie skupia się na odnalezieniu mordercy, ale na przeżyciach wewnętrznych dwójki bohaterów: uosabiającego ofiarę Perramona, z którego Fortuna zadrwiła bezlitośnie i posyłając mu krzywy uśmiech wysłała bez mrugnięcia okiem na śmierć oraz będącego odpowiednikiem oprawcy don Rafela, który także przekona się, że życiem często rządzą przypadki. Morał płynący z książki jest oczywisty: los może szybko odwrócić szczęśliwą monetę. Nietrudno jest również będąc na szczycie spaść na samo dno ludzkiego upodlenia. Warto też pamiętać, że nie bez powodu wiele mądrości kryje się w porzekadle "jaką miarą dajesz, taką odbierzesz".

Prawdziwą bohaterką książki Cabré jest ospała, zdemoralizowana Barcelona z końca XVIII wieku. „Jaśnie pan” jest bowiem doskonałą satyrą na rozpasanie hiszpańskiej arystokracji, która uwielbiała rozwiązłe i beztroskie życie, odganiając problemy niczym natrętną muchę. Autor wspaniale kreśli obraz epoki z przełomu osiemnastego i dziewiętnastego stulecia, czyli czasu powolnego wkraczania w okres romantyzmu. W Europie powoli cichną echa rewolucji francuskiej, Ludwig van Beethoven stoi u szczytu wirtuozerskiej sławy, a literatura i sztuka przeżywa swój rozkwit dając światu takie nazwiska jak Goethe, czy Goya. Wciąż trwa też rozgorzały spór o zasadność kopernikowskiej teorii heliocentrycznej. Hiszpania zaś pod rządami Burbonów próbuje podźwignąć się z gospodarczego dołka oraz dorównać niedoścignionym francuskim wzorcom, nie tylko w naśladowaniu panującej tam mody, lecz także w byciu prekursorem w dziedzinie nauki.

Jaume Cabré wypracował sobie charakterystyczny i niezwykle osobliwy styl pisania, znany już czytelnikom chociażby z powieści „Wyznaję”. Często nie rozpisuje on dialogów na pojedyncze kwestie, lecz spaja je w dłuższą myśl.  Po raz kolejny Cabré pokazuje się jako zdolny fechmistrz językowy. Celnie trafia słowem w największe przywary ludzkiej natury. Kpi z fałszywej pobożności oraz głupoty skrywanej pod płaszczykiem wydumanej inteligencji. Stosowany przez niego język jest bogaty, a odmalowywane przez niego sceny niezwykle plastyczne i wyraziste.

"Jaśnie pan" to powieść przemyślana w najdrobniejszym szczególe, pięknie napisana i zawierająca ponadczasowe przesłanie. Czegóż chcieć więcej? Polecam tę książkę wszystkim tym, którzy mają ochotę na prawdziwą czytelniczą ucztę. U mnie trafia na półkę z ulubionymi lekturami.

 

*Jaume Cabré, Jaśnie pan, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015, s. 435.

 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

tania książka

22:46, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 czerwca 2015

Jedenaście tysięcy dziewic

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Liczba stron: 454

 

Joanna Marat zadebiutowała w 2011 roku powieścią obyczajową "Grzechy Joanny". Później próbowała swych sił w zgoła odmiennym gatunku - powieści kryminalnej. Pierwszy napisany przez nią kryminał zatytułowany "Monogram" został bardzo ciepło przyjęty i niewykluczone, że doczeka się on kontynuacji z zapijaczonym policjantem Koszmarkiem w roli głównej. "Jedenaście tysięcy dziewic" to trzecia książka w dorobku tejże autorki.

Bohaterkami powieści są trzy różne kobiety, których na pozór zupełnie nic nie łączy. Roma nie może pogodzić się z upływającym czasem. Owija szyję apaszkami mającymi za zadanie ukrywać coraz liczniejsze zmarszczki, używa perfum Chanel No.5 i nosi stroje podkreślające wciąż smukłą figurę. Stale rozpamiętuje płomienne romanse nawiązywane w młodości, a w szczególności jeden, który zaprowadził ją aż na próg domu gburowatego pisarza Artura. Za swe grzeszki Roma pokutowała co niedziela modląc się w kaplicy Jedenastu tysięcy dziewic znajdującej się w gdańskim Kościele Mariackim. Była synowa Romy, Gosia, po burzliwym rozwodzie skupia się na uwiedzeniu swojego kolegi z czasów szkolnych, obecnie męża Anki. Anka, wielbicielka pruskiego błękitu i porządku, walczyć musi z chaosem w życiu osobistym. Nie dość, że boryka się z ciężką chorobą, to jeszcze wiarołomny małżonek w końcu postanawia przenieść się do kochanki i zamieszkać raptem dwie ulice dalej. Losy Romy, Gośki i Anki są połączone ze sobą na kształt pajęczej sieci - z pozoru delikatną, lecz niezwykle wytrzymałą nicią. W centrum całej historii znajduje się zaś miasto Gdańsk. Zarówno to współczesne, jak i to sprzed siedemdziesięciu lat, wyzwalane przez radzieckich żołnierzy lubiących odbierać w naturze zdobycze wojenne od kobiet, których mężowie, ojcowie i bracia ruszyli na front. Pokolenie tych niewiast dotkliwie doświadczonych piętnem powojennej traumy reprezentuje między innymi Roma i występująca epizodycznie Bela - babcia Anny.

Łatwo zauważyć, że w powieści Joanny Marat wiodącą rolę pełnią kobiety. To one drżą o przyszłość, wykazują się odwagą, pożądają, walczą o miłość i uwagę. Pomimo całej plejady niebanalnych sylwetek przewijających się przez strony powieści, za postać pierwszoplanową "Jedenastu tysięcy dziewic" można uznać jednak Ankę. To właśnie ona przechodzi największą wewnętrzną przemianę ze wszystkich pojawiających się charakterów. Dojrzewa na kartach książki i z zahukanej szarej myszki zmienia się w osobę odważną i niebojącą się zbuntować. Autorka nie mówi wprost, jak dalej potoczyła się historia Anki, lecz pozostawia czytelnika z niewypowiedzianą sugestią szczęśliwego zakończenia. Pozostałym bohaterkom daje natomiast szansę rehabilitacji i zadośćuczynienia za wyrządzone krzywdy.

Autorka w powieści "Jedenaście tysięcy dziewic" skupia się na kilku ważnych wątkach. Po pierwsze poddaje wnikliwej analizie więzi małżeńskie. Pokazuje, że silna relacja pomiędzy dwojgiem ludzi nie zawsze musi opierać się na wielkiej namiętności. Czasem, by zbudować trwałą więź wystarcza poczucie bezpieczeństwa i przywiązanie do drugiej osoby, tymczasem pogoń za płomiennym romansem może skutkować utratą czegoś naprawdę wartościowego. Joanna Marat nie waha się także otwarcie pisać o niełatwym temacie, jakim jest zdrada. Prezentuje przy tym trójstronną perspektywę: przez pryzmat żony, męża i kochanki. Marat ponadto pod lupę bierze trudne relacje na linii matka-dziecko. Poświęca wiele uwagi wygórowanym oczekiwaniom rodziców i ich niespełnionym nadziejom pokładanym w potomstwu. Na przykładzie Anny i Grażyny, Romy i Kuby oraz Zdzisławy i Honoraty ukazuje, jak ciężko jest stąpać po czyichś śladach i wystrzegać się popełniania tych samych błędów. Na uwagę zasługuje również ciekawy styl pisania autorki. Joanna Marat używa bogatego i niezwykle sugestywnego języka. Tworzone przez nią zdania są krótkie i niosą ze sobą silny ładunek emocjonalny, każdy podrozdział poświęcony jest zaś innej postaci. Dzięki tym zabiegom powieść czyta się nadzwyczaj szybko i płynnie.

Dawno nie miałam do czynienia z książką, którą tak trudno byłoby mi opisać w kilkudziesięciu zdaniach. Bo jak wyrazić jedynie w paru akapitach swój zachwyt i podziw nad lekturą tak niebanalną, tak wyjątkową, że aż zapiera dech? Joanna Marat stworzyła bowiem powieść skomponowaną niczym przepiękna symfonia. Wycisza, by za moment spowodować szybsze bicie serca. Wyciska z oczu łzy wzruszenia, a za chwilę wywołuje na twarzy delikatny uśmiech. Mnie wyryła się głęboko w pamięci i z chęcią wrócę do niej w przyszłości.

Tagi

facebook instagram pinterest

E-mail: uzaleznieniodczytania@wp.pl

stat4u

Teraz czytam

Głosy Pamano