niedziela, 27 lipca 2014

Ostatni pasażer

Wydawnictwo MUZA

Liczba stron: 480

Jest rok 1939. Gdzieś na Oceanie Atlantyckim węglowiec „Pass of Ballaster” prawie zderza się z należącym do nazistowskiej organizacji transatlantykiem „Valkirie” wyłaniającym się z gęstej mgły. Wysłani na pokład wycieczkowca trzej marynarze szybko odkrywają, że statek jest zupełnie opuszczony. Wszyscy pasażerowie jakby rozpłynęli się w powietrzu, pozostawiając jeszcze dymiące potrawy na stołach. Jedyną żywą istotą, jaką udaje się odnaleźć mężczyznom jest żydowskie niemowlę porzucone na parkiecie do tańca.

Po ponad siedemdziesięciu latach rozwikłania sprawy osnutej złą sławą „Valkierie” podejmuje się błyskotliwa dziennikarka Kate. Liczy ona na to, że ciekawy materiał pozwoli jej na porzucenie raz na zawsze rubryki towarzyskiej i zajęcie się poważniejszymi artykułami. Kate korzystając z zaproszenia ekscentrycznego milionera Isaaca Feldmana wypływa w rejs na pokładzie odremontowanego transatlantyku.

Tak oto rozpoczyna się powieść Manela Loureiro pt. „Ostatni pasażer”. Loureiro jest autorem bestsellerowej serii zatytułowanej  „Apokalipsa Z” i już okrzyknięty został hiszpańskim Stephenem Kingiem. Muszę przyznać, że przez to przyrównanie do mistrza grozy nieco sceptycznie podeszłam do „Ostatniego pasażera”. King to King, Loureiro to Loureiro. Nie oznacza to, że ten ostatni nie umywa się do tego pierwszego. Uważam jedynie, że styl pisania obydwu autorów różni się i tworzenie takich analogii „na siłę” jest bezzasadne.

Wróćmy do „Ostatniego pasażera”. Mnie książka ta pochłonęła bez reszty.  Już od pierwszych stron powieści poziom zaciekawienia odbiorcy stale rośnie, a lektura kolejnych rozdziałów wywołuje przyjemny dreszczyk emocji. Autor stopniowo buduje napięcie i sprawia, że czytelnik z przestrachem spogląda przez ramię sprawdzając, czy aby przypadkiem coś nie łypie na niego z ciemności.

„Ostatni pasażer” jest jedną z ciekawszych pozycji na rynku wydawniczym. Loureiro stworzył powieść wielowymiarową. Teraźniejszość przeplata się tu z przeszłością, a granice tych dwóch czasoprzestrzeni momentami zacierają się. Nie jest to tylko banalny horror. Książka ta porusza wątki narodowościowe (widziane przez pryzmat stosunku nazistów do Żydów). W powieści odnajdziemy także zagadnienia związane z poszukiwaniem własnej tożsamości, z próbą uporania się z przeszłością oraz z trudnym etapem godzenia się z utratą bliskiej osoby.

„Ostatni pasażer” potrafi poruszyć i wprawić w osłupienie. Uważam, że książka ta stanowi świetną podstawę do napisania scenariusza filmowego. Polecam ją każdemu, kto lubi w trakcie lektury choć troszkę się bać i kto oczekuje od powieści grozy nieco więcej.


Moja ocena:5,5/6



niedziela, 20 lipca 2014

Imajica, Clive Barker

Wydawnictwo MAG

Liczba stron: 928

Jak już nie raz podkreślałam, uwielbiam książki fantasy, w których autorzy kreują nowe i skomplikowane światy. Skuszona opisem wydawcy, postanowiłam sięgnąć po „Imajicę” Clive’a Barkera. Po przeczytaniu zapowiedzi książki, co do lektury miałam pewne oczekiwania. Liczyłam dosłownie na „ucztę wyobraźni” (pozycja ta należy właśnie do serii wydawniczej pod takim tytułem).  

Clive Barker uznawany jest za mistrza horroru i dark fantasy. „Imajica” mająca swą światową premierę w 1991 roku jest jedną z pierwszych powieści Barkera, w której stworzył on głęboki, bogaty konceptowo świat umieszczony na granicy jawy i snu. Sam autor często podkreśla, że „Imajica” jest jego ulubionym dziełem.

Powieść rozpoczyna się od nieudanego morderstwa. Wzgardzony mąż, Charlie Estabrook postanawia zemścić się na swej żonie Judith, wynajmując płatnego zabójcę. Estabrook liczy na to, że dzięki ostatecznemu usunięciu Jude ze swojego życia, uwolni się od jej wpływu na zawsze. Nie może pogodzić się bowiem z jej utratą oraz z tym, że zostawiła go dla innego mężczyzny. Brzmiąca banalnie historia staje się motorem pozostałych wydarzeń.

Bohaterami „Imajicy” są trzy osobowości: fałszerz obrazów, bawidamek i podrywacz Gentle, mająca niezwykły wpływ na mężczyzn Judith  oraz mistyf–zabójca, niezwykła istota o nieokreślonej płciowości - Pie’oh’Pah.  Losy każdej z tych postaci są ze sobą zbieżne.  Gentle, Judith i Pie przemierzają Imajicę, poznając poszczególne światy. Imajica to skomplikowane uniwersum, składające się z pięciu dominiów. Piąte Dominium, odłączone od reszty to Ziemia. Aby przenieść się do jednego z pozostałych czterech trzeba odbyć długą i niebezpieczną drogę. Pomiędzy znajduje się przestrzeń In Ovo, coś na kształt czyścca, gdzie żyją istoty, które nie mogą znaleźć swojego miejsca w żadnym ze światów. Władanie nad Imajicą niepodzielnie sprawuje wzbudzający postrach bóg Hapexamendios.

Czytając „Imajicę” miałam wrażenie, że główne postaci niesamowitą wagę przywiązują do hedonizmu, do poszukiwania własnych przyjemności i rozkoszy. Wpływ na to ma zapewne fakt, że Barker w powieści bardzo skupia się na cielesności, z lubością serwując czytelnikowi liczne i szczegółowe opisy aktów seksualnych. Dodatkowo, każdy opis zbrodni zaprezentowany jest odbiorcy z podobną dokładnością, wzbudzając w nim dreszcz przerażenia (momentami nawet odrazę). Mnie osobiście takie „wstawki” w książkach fantasy nie zachwycają, gdyż sięgając po literaturę z tego gatunku szukam zgoła czegoś innego.

Akcja książki toczy się bardzo wolno. Brak tu swobodnego tempa sprawiającego, że „Imajicę” będzie czytało się płynnie, mając co rusz ochotę dowiadywać się, co będzie dalej. Ja nieco męczyłam się z tą ponad dziewięciuset stronicową powieścią. Wydaje mi się, że jeśli Barker skróciłby książkę o połowę, nie ucierpiałaby na tym ani fabuła ani czytelnik.

Warto wymienić jednak zalety „Imajicy”. Bardzo podobało mi się, że bohaterowie osadzeni są w czasach współczesnych. Intrygowało mnie, że Barker wykorzystał, jako podstawę do budowy odrębnego uniwersum właśnie Ziemię, wokół której istnieją pozostałe dominia czerpiące z niej inspirację. Muszę przyznać, że autor stworzył niesamowity świat. Jest on skomplikowany i dokładnie przemyślany w najdrobniejszych szczegółach. Bohaterowie również są wielowymiarowi i trudno ich jednoznacznie ocenić, ponieważ balansują oni na granicy dobra ze złem.

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Barkera przypadło właśnie na „Imajicę”. Ponieważ styl pisania tego autora nie przypadł mi do gustu wątpię, że sięgnę kiedyś po inne tytuły z jego dorobku. Polecam jednak „Imajicę” wielbicielom fantasy do własnej oceny, gdyż wiem, że niektórych zachwyci swym bogactwem. Mnie niestety nie poruszyła.

 

Moja ocena: 3/6



20:31, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 lipca 2014

książki nieczytane

 

Każdy z nas posiada zapewne w swej biblioteczce kilka książek nieprzeczytanych, które stoją (bądź leżą) i czekają. Czekają, aż do nich dojrzejemy, aż będziemy mieć odpowiedni nastrój, aż wpadną nam w oko w trakcie corocznych porządków lub po prostu aż nie będziemy mieli nic innego pod ręką i sięgniemy po coś naznaczonego piętnem nieczytania.

Postanowiłam przejrzeć swoje półki z książkami i wybrać dziesięć tytułów, które chciałabym przeczytać do końca tego roku. Cały czas systematycznie kupuję nowe pozycje i stos lektur, po które chciałabym sięgnąć w przyszłości zaczyna przybierać zatrważające rozmiary. Nadeszła więc pora rozprawić się choć z kilkoma z nich.

Wybrałam książki z różnego gatunku. Niektóre kupiłam całkiem niedawno, inne leżą na półce już jakiś czas. "Żonę lotnika" i "Grę w klasy" sprezentowałam sobie w tym roku. Pierwszy tytuł zaciekawił mnie, jako jedna z nowości wydawniczych. O drugim usłyszałam pocztą pantoflową, a wiadomość brzmiała mniej więcej tak:"Bardzo dobra książka, KONIECZNIE musisz ją przeczytać!". "Światła września" to jedyna powieść Carlosa Ruiza Zafóna, której jeszcze nie czytałam. Murakamiego natomiast nie czytałam jeszcze w ogóle choć mam w domowej biblioteczce około sześciu jego książek. Na początek wybrałam więc pierwszy tom "1Q84". "Trafny wybór" wygrałam w konkursie radiowym, gdy tytuł ten właśnie wchodził na rynek wydawniczy. "Wołanie kukułki" zaintrygowało mnie, jako pierwsza powieść dla dorosłym napisana przez J.K.Rowling, opublikowana pod pseudonimem Robert Galbraith. "Przydrożne krzyże" poleciła mi znajoma miłośniczka kryminałów. "Drogę" i "Zapomniany ogród" otrzymałam w prezencie ślubnym i tak dojrzewają od trzech lat. Jeśli chodzi o "Bez śladu" Harlana Cobena to również jest to prezent. I to na siedemnaste urodziny. Wstyd się przyznać, ile to już czasu leżakuje na półce. Dodać mogę, że egzemplarz ten przeżył już co najmniej cztery przeprowadzki.

Oto mój stosik, jaki sobie wybrałam do poczytania w międzyczasie w ciągu najbliższych miesięcy. Ciekawi mnie, czy Wy także macie na swych półkach tytuły, które już jakiś czas temu opieczętowaliście jako nieczytane i czekają one na swoją kolej?

czwartek, 17 lipca 2014

Kobiety, które zawładnęły Europą

Wydawnictwo MUZA

Liczba stron: 336

Jean des Cars w swej książce „Kobiety, które zawładnęły Europą” przedstawia nam sylwetki dwunastu władczyń: począwszy od Katarzyny Medycejskiej, poprzez Elżbietę I, Krystynę królową Szwecji, Marię Teresę, Katarzynę II, Marię Antoninę, Wiktorię królową Anglii, Eugenię królową Francji, austriacką Sisi oraz Zytę, na belgijskiej Astrid i Elżbiecie II zakończywszy. Losy tych kobiet wpływały na dzieje narodów Europejskich od XVI wieku, aż po dzień dzisiejszy. Dwunastka ta stanowi panteon europejskich władczyń, ciągle fascynując współczesnych historyków i badaczy dziejów rodów królewskich.

Jean des Cars stworzył wnikliwe portrety tuzina niezwykłych kobiet stojących na czele największych europejskich państw. Każda z nich była inna, lecz każda na swój sposób ujmująca. Są to wielkie królowe, które zapisały się w pamięci pokoleń. Jedne pragnęły swobody, inne chciały jedynie miłości i uwielbienia. Tak różne, a jednocześnie podobne w jednym aspekcie - wszystkie dążyły do tego, by być wyjątkowymi, nie dając się tym samym zamknąć w złotych ramach swoich czasów. Dotykały ich osobiste tragedie, bywały niedoceniane, zdradzane lub narzucano im pewne konwenanse, którym to nie potrafiły się podporządkować, dając upust swej frywolności. Czasami stawały się głównymi bohaterkami skandali i plotek - nie zawsze prawdziwych. Były nie tylko królowymi, lecz także matkami, żonami i kochankami. Prowadziły wojny nie tylko na arenie międzynarodowej, ale także ciche wojenki w murach pałaców i zamków. Walczyły o niezależność, o posłuch lub - zwyczajnie - knuły dworskie intrygi. Dzięki tym cechom, jakże ludzkim i bliskim zwykłemu człowiekowi, postaci te stają się dla nas bardziej realne. Nie widzimy w nich już tylko silnych i majestatycznych dam dzierżących w swych rękach władzę, ale także kobiety, które borykały się z różnymi przyziemnymi smutkami i problemami.

Książkę Jeana des Carsa czyta się świetnie ze względu na formę prezentacji tematu, na jaką zdecydował się autor. Pisarz bardziej skupia się bowiem na życiu osobistym opisywanych władczyń, pozostawiając wątki historyczne na drugim planie tak, że stanowią one jedynie tło dla wszystkich dwunastu historii. Smaczku dodają również niuanse ze świata mody i obyczajów panujących w danej epoce.

Jeśli miałabym wymienić wady tej publikacji, zwróciłabym przede wszystkim uwagę na to, że sylwetki tychże dwunastu monarchiń des Cars przedstawił w sposób skrótowy, czasem nawet po macoszemu, nie wyczerpując tym samym tematu. Książka nie ucierpiałaby na poszerzeniu jej o dodatkowe dwieście stron, gdyż wzbogaciłoby ją to tylko o więcej szczegółów. Drugą rażącą mnie rzeczą w trakcie lektury jest umiłowanie autora do nadmiernej ilości wykrzykników - choć możliwe, że ich zastosowanie podciągnąć można pod jego gawędziarski styl pisania.

„Kobiety, które zawładnęły Europą” zostały zaprezentowane czytelnikowi w iście godnym uwagi wydaniu. Mamy tu przyciągającą wzrok okładkę, całość okraszona jest pięknymi portretami dwunastu monarchiń, a książka podana jest odbiorcy w twardej oprawie. Wszystko to razem sprawia, że dostaje on do ręki niezwykłą pozycję, godną zaszczytnego miejsca na półce. Mnie książka Jeana des Carsa pomimo zauważonych przeze mnie niedociągnięć niezwykle przypadła do gustu i z pewnością sięgnę po nią jeszcze niejednokrotnie. 

 

Moja ocena: 5/6

 



20:13, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 lipca 2014

Drzewo migdałowe, Michelle Cohen Corasanti

Wydawnictwo Sine Qua Non

Liczba stron: 392

Podzielenie Palestyny w 1947 roku Rezolucją ONZ na państwo żydowskie i państwo arabskie stało się przyczyną wybuchu wojny domowej na tym terenie. Rozbicie na dwa odrębne państwa nie doprowadziło do rozwiązania konfliktu pomiędzy dwoma narodami, a jedynie do jego zaostrzenia. Od prawie siedemdziesięciu lat Żydzi i Arabowie toczą ze sobą bratobójczą walkę, która pochłonęła do tej pory setki tysięcy istnień.

Toczący się od wielu lat konflikt palestyńsko-arabski stanowi tło powieści  Michelle Cohen Corasant pt. „Drzewo migdałowe”. W ogarniętym chaosem kraju przesiąkniętym strachem i przemocą, w pewnej palestyńskiej rodzinie przychodzi na świat Ahmad. Na przekór całemu najbliższemu środowisku pałającemu nienawiścią do Żydów, ojciec chłopca jest bardzo tolerancyjny i od najmłodszych lat wpaja mu, że nie należy żywić uprzedzeń do drugiego człowieka, niezależnie od tego, czy jest on Izraelczykiem, czy Palestyńczykiem.

Tuż po dwunastych urodzinach życie Ahmada wywrócone zostaje do góry nogami. Jego ojciec zostaje niesłusznie oskarżony o współpracę z palestyńskimi terrorystami i trafia do więzienia, pięcioletnia siostra ginie w wyniku natarcia izraelskich żołnierzy na dom Ahmada, a pozostała rodzina zostaje wysiedlona i zdana na łaskę losu. Od tej pory Ahmad oraz trzej jego bracia, matka i siostra zmuszeni są żyć jak nędzarze, drżąc ciągle w obawie o swoje życie, o dach nad głową i o każdą porcję strawy. Ahmad jako najstarszy syn podejmuje się opieki nad swą skrzywdzoną rodziną, chłopiec cały czas marzy jednak o lepszym życiu dla siebie i dla swoich bliskich. Jedyną nadzieję Ahmad pokłada w zdobyciu dobrze płatnej pracy, dzięki której wspomoże finansowo swoich krewnych.

Tytułowe drzewo migdałowe jest dla głównego bohatera synonimem stabilności i pokoju. Tak jak przetrwało ono wojnę i oparło się wszechogarniającemu zniszczeniu, tak wiara Ahmada w porozumienie pomiędzy Izraelczykami a Palestyńczykami  - pomimo wszelkich krzywd doznanych z rąk tych pierwszych - pozostała niezachwiana. 

Debiutancka książka Michelle Cohen Corasanti poruszyła mnie do głębi, unaoczniając ciężki los Palestyńczyków znajdujących się pod izraelską okupacją. Wbrew pozorom „Drzewo migdałowe” nie jest powieścią napisaną przez znudzoną amerykańską gospodynię domową z klasy średniej, niemającą pojęcia o wydarzeniach na Bliskim Wschodzie i marzącą jedynie o zbiciu fortuny na książce poruszającej chwytliwy i od wielu lat sprawdzony temat: opowieści o biednym dziecku, pochodzącym z nizin społecznych, któremu jednak pomimo wszelkich przeciwności losu udaje się odnieść sukces. Nic bardziej mylnego! Historia Ahmada wpleciona jest w staranną analizę uwarunkowań politycznych w Palestynie i Strefie Gazy. Autorka przez wiele lat wnikliwie obserwowała dramatyczną sytuację Palestyńczyków walczących o przetrwanie na terytorium zajmowanym przez Izraelczyków. Pomimo tego, że sama wychowała się w izraelskim domu, w którym silnie podkreślane były wartości narodowościowe, jest ona gorącą orędowniczką pokoju pomiędzy dwoma zwaśnionymi narodami. 

„Drzewo  migdałowe” to piękna powieść o niezłomności ducha i o wierze we własne zdolności. Mówi o wartości przyjaźni, o trudnej miłości pomiędzy braćmi oraz o podziałach i nienawiści trawiącej dwa narody żyjące na jednym terytorium. Corasanti w swej książce uświadamia nam, że każdy człowiek ma szansę na odmianę swojego losu, niezależnie od miejsca urodzenia, klasy społecznej, czy sytuacji finansowej. Najważniejszym przesłaniem płynącym z „Drzewa migdałowego” jest jednak unaocznienie czytelnikowi irracjonalności tkwiącej w stereotypach i budowaniu uprzedzeń o kimś na podstawie jego narodowości, czy wyznawanej przez niego religii oraz ukazanie bezsensowności wynikającej z niepotrzebnych wojen, terroru i wzajemnej wrogości. Przykład głównego bohatera obrazuje nam w najlepszy sposób, że tak jak kropla która potrafi wydrążyć skałę, tak jeden człowiek może mieć wpływ na przyszłość swojej ojczyzny. „Drzewo migdałowe” to wartościowa i wielowymiarowa powieść, a jej lekturę polecam serdecznie każdemu.

 

Moja ocena: 5,5/6

 
1 , 2
Tagi

facebook instagram pinterest

E-mail: uzaleznieniodczytania@wp.pl

stat4u

Teraz czytam

Głosy Pamano