piątek, 31 lipca 2015

Tylko martwi nie kłamią

Wydawnictwo Muza

Liczba stron: 607

 

W jednej z katowickich kamienic w gabinecie znanej seksuolożki zamordowany zostaje Johann Schmidt, bogaty przedsiębiorca zwany śmieciowym baronem. Rozwiązania sprawy podejmuje się podinspektor Szerszeń wspierany przez psychologa śledczego Huberta Meyera oraz prokurator Weronikę Rudy. Wkrótce okazuje się, że zbrodnia ta może być ściśle powiązana z zabójstwem sprzed prawie dwudziestu lat  dokonanym w tej samej kamienicy.

Katarzyna Bonda stworzyła bardzo skomplikowaną intrygę kryminalną, która przypomina wędrowanie po wielu, często poszarpanych nitkach do jednego kłębka. Potencjalnych oskarżonych jest kilkunastu, a każdy z nich ma inny powód, by zbrodnię popełnić. Prowadzone śledztwo składa się z mnóstwa fałszywych tropów, wprowadzających w błąd zeznań i ukrytych dowodów. Wszyscy podejrzani mają coś na sumieniu i oczywiście każdy z nich kłamie. Autorka wielokrotnie powraca do wydarzeń zamierzchłych, przytacza liczne historie z przeszłości poszczególnych bohaterów i łączy ich skomplikowanymi więzami rodzinnymi. Niestety ten nadmiar wątków i osób sprawia, że bardzo łatwo pogubić się w fabule. Pod koniec lektury ciężko mi było rozeznać się, kto z kim jest spowinowacony, a z kim nie. Niezbyt przypadły mi do gustu także fragmenty opisujące życie prywatne Weroniki i Huberta, w szczególności zaś ich rozterki miłosne. Moim zdaniem na tym polu autorka nie czuje się zbyt pewnie, gdyż urywki te nie były dopracowane, sprawiały wrażenie mocno naciąganych i jakby wyciętych żywcem z taniego romansidła. Co jakiś czas natykałam się też na powtórzenia. Zdarzało się, że bohaterowie mówili dwa razy to samo, czasem nawet używając tych samych słów. Brzydko mówiąc, są to zabiegi przypominające czyste wodolejstwo i niepotrzebnie wydłużają one książkę o dodatkowe sto pięćdziesiąt stron.

Największą sympatię wzbudził u mnie podkomisarz Szerszeń. Ten wąsaty policjant sypiący jak z rękawa przysłowiami przeinaczonymi na własną modłę okazał się nie tylko jedną z najzabawniejszych postaci w książce (jego ciche dni z żoną sprawiły, że uśmiechnęłam się kilkakrotnie), ale także najbardziej sumienną i oddaną sprawie. Pomimo tego, że autorka przypisała mu rolę raczej poboczną i to Meyer cieszył się mianem głównego bohatera, według mnie dużo bardziej wyrazisty był właśnie Szerszeń. Jeśli zaś chodzi o panią prokurator, to jej kreacja woła o pomstę do nieba. Weronika Rudy została przedstawiona jako rozchwiana emocjonalnie kobieta, która sama nie wie, czego chce, zakochuje się w ciągu kilku minut i wielbi swego wybranka nazywając go w myślach półbogiem. O ile postacie męskie w książce scharakteryzowane zostały całkiem przyzwoicie, o tyle kobiece wręcz tragicznie.

Nie można zaprzeczyć, że Katarzyna Bonda skrupulatnie zbiera materiały do swych książek, gdyż pod względem merytorycznym powieść przygotowana jest bardzo dobrze. Widać, że autorka włożyła dużo pracy w przekopanie się przez archiwalia i odkurzenie starych opowieści. Historie katowickich kamienic, czy numizmatycznych skarbów - te detale naprawdę potrafią zaciekawić czytelnika. Szkoda, że to jedyny plus tej książki, jaki udało mi się odnaleźć.

Po powieści wychwalanej pani Bondy spodziewałam się bardzo wiele, lecz niestety rozczarowałam się ogromnie. Lektura ta nie wciągnęła mnie w ogóle, wręcz przeciwnie, znużyła. Zaczęłam czytać książkę "Tylko martwi nie kłamią" i po dwustu stronach odłożyłam na bok, by powrócić do niej dopiero po dwóch miesiącach. Przez ten okres nie tęskniłam ani za bohaterami, ani za całą historią. Żałuję, że moje pierwsze spotkanie z twórczością Katarzyny Bondy przypadło akurat na ten tytuł. Na półce w mojej domowej biblioteczce czekają na mnie jeszcze trzy powieści tej autorki. Mam nadzieję, że przy kolejnych podejściach będzie zdecydowanie lepiej.

14:50, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lipca 2015

Bycie miłym to przekleństwo

Wydawnictwo Muza

Liczba stron: 320

 

Czy zdarza się wam, że macie ochotę powiedzieć komuś "NIE", lecz nie chcecie urazić tej osoby? Czy czujecie się coraz bardziej wciągani w wir piętrzących się cudzych oczekiwań, którym nie jesteście w stanie podołać, jednak boicie się o tym powiedzieć wprost? A może często postępujecie wbrew sobie, tylko po to, aby inni nie uznali was za kogoś nieuprzejmego? Jeśli odpowiedzieliście twierdząco na którekolwiek z tych pytań, mam dla was dwie wiadomości, dobrą i złą. Zacznę od złej - prawdopodobnie dotknęła was klątwa Bycia Miłym. Dobra natomiast jest taka: istnieje na to lekarstwo! Warto więc byście zapoznali się z tą książką, gdyż zdecydowanie jest skierowana do was.

Czy należy tłumić w sobie wszystkie uczucia, w obawie przed negatywną reakcją ze strony otoczenia? Czy zawsze trzeba zaciskać zęby i udawać, że odpowiada nam zaistniała sytuacja, kiedy tak naprawdę wszystko w nas wręcz krzyczy błagając o nasz sprzeciw? Nie i jeszcze raz nie. Jacqui Marson, brytyjska pani psycholog z wieloletnim doświadczeniem, udowadnia na licznych przykładach, jakie zgubne skutki dla nas samych i dla środowiska, w którym funkcjonujemy niesie stosowanie postawy Miłego. Bo klątwa Bycia Miłym wyrządza wiele szkód nie tylko osobie nią dotkniętej. Powoduje, że społeczeństwo wytwarza sobie wypaczony obraz nas samych, wywierając coraz większą presję i oczekując nadmiernych efektów, wpędzając nas w pułapkę zachowywania się zawsze w określony sposób. A jeśli nie podołamy... cóż, przecież zawsze byliśmy tacy mili, uczynni, pomocni, nigdy się nie skarżyliśmy, więc jak mogło do tego dojść?

Powstały setki, o ile nie tysiące podręczników o uczeniu się zachowań nonkonformistycznych. Jacqui Marson podeszła jednak do problemu braku asertywności w nieco przewrotny sposób, nazywając rzeczy po imieniu. Otóż, panowie i panie, Bycie Miłym nie jest czymś cudownym, to istne przekleństwo! Podstawowe pytanie, jakie nasuwa się potencjalnemu czytelnikowi sięgającemu po poradnik brzmi: "Czy wyniosę z tej lektury coś dla siebie?". Uważam, że w odniesieniu do książki Jacqui Marson odpowiedź w większości przypadków byłaby twierdząca. Jak pokazuje autorka, Przekleństwo Bycia Miłym częstokroć nie odnosi się do każdej sfery naszego życia. W znacznej części analizowanych spraw osoby świetnie radzące sobie w danym obszarze, ponosiły wewnętrzne fiasko w pozostałych dziedzinach. Przykładowo, niektórzy mają problem z byciem asertywnym w sytuacjach zawodowych, inni zaś w relacjach z bliskimi. Każdą z tych grup w jakimś stopniu dotyka Przekleństwo Bycia Miłym. Z książki Marson odbiorca dowie się, jak wychwytywać w swoim zachowaniu poszczególne wzorce behawioralne, sygnalizujące postępowanie charakterystyczne dla obłożonych klątwą Bycia Miłym oraz nauczy się, jak się im przeciwstawiać. Marson udzieli czytelnikowi także wielu cennych sugestii. Do najważniejszej z nich należy wskazanie konieczności zmiany myślenia pokrzywdzonego, przede wszystkim wykreślenia z jego słownika słowa "MUSZĘ" i zastąpienia go słowem "MOGĘ". Dzięki temu droga do uzyskania kontroli nad własnym życiem stanie się łatwiejsza, a uwolnienie się od Przekleństwa Bycia Miłym będzie celem zupełnie realnym.

Aby poradzić sobie z jakimś problemem, po pierwsze trzeba być świadomym jego istnienia, po drugie znaleźć w sobie motywację, aby z nim walczyć. Polecam lekturę książki Jacqui Marson osobom, które zbyt często przedkładają potrzeby innych ponad własne, które drżą o to, by nie zawieść oczekiwań, czy to swojego szefa, partnera, rodzica, czy też dziecka oraz które czują potrzebę dokonania zmian. Autorka pomoże przebrnąć Wam przez najtrudniejszy etap oswojenia się z klątwą Bycia Miłym, a dzięki licznym i prostym ćwiczeniom zmusi do pracy nad samym sobą. I co najważniejsze, spotkanie to nie będzie przypominać sztywnej terapii na kozetce u psychologa, gdyż Marson podchodzi do zagadnienia z humorem, pisze lekko i przystępnie, także nie sposób nudzić się przy tym tytule.

15:04, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 lipca 2015

Znalezione nie kradzione

Wydawnictwo Albatros

Liczba stron: 480

 

Słowo pisane ma wielką moc. Tak wielką, że może nawet popchnąć do popełnienia zbrodni. Przekonał się o tym Morris Bellamy, sfrustrowany czytelnik wściekły na swojego ulubionego pisarza Johna Rothsteina, który od wielu lat nie opublikował żadnej powieści i który sprawił, że uwielbiany bohater książkowy - Jimmy Gold - z buntownika stał się zblazowanym obibokiem. Morris postanawia więc wymierzyć Rothsteinowi karę, która musi być adekwatna do "zbrodni". A ponieważ Bellamy uznaje, iż Rothstein uśmiercił prawdziwe wcielenie Jimmy'ego Golda, postanawia w odwecie zabić pisarza. Po dokonanym morderstwie kradnie także z sejfu autora znaczną sumę pieniędzy oraz umieszczone tam notesy wypełnione notatkami dotyczącymi między innymi kolejnych powieści o Goldzie. Morris skrzętnie ukrywa swe cenne znalezisko, lecz nie dane mu będzie sprawdzić, jakie skarby kryją zapisane po brzegi moleskiny. Wkrótce trafia na wiele lat do więzienia za popełnienie zupełnie innego przestępstwa. Po kilkunastu latach od zabójstwa Rothsteina na ukrytą skrzynię z łupem Bellamy'ego natrafia przez przypadek młody chłopiec, Peter Sauberg. W myśl zasady "znalezione nie kradzione" Peter przywłaszcza sobie zawartość kufra.

Moim zdaniem książka "Znalezione nie kradzione" jest znacznie lepsza od pierwszej części cyklu, czyli od "Pana Mercedesa". Przede wszystkim pojawiają się tu nowi, świetnie nakreśleni bohaterowie - Peter i Morris. Są oni dobrani na zasadzie kontrastu: pierwszy ma reprezentować dobro, czyli wiernego i oddanego czytelnika, a drugi zło zamknięte w osobie psychopatycznego fana. Jednak jak to zwykle bywa w książkach Stephena Kinga, autor nie poprzestał na tak prostej i jednoznacznej charakterystyce. King skupił się też na skrupulatnym zanalizowaniu psychiki postaci, częstokroć  wracając do czasów dzieciństwa i wydarzeń wpływających na ich późniejsze postępowanie. Co ciekawe, pomimo wyraźnych różnic, Petera i Morrisa łączy również szereg podobieństw. Obaj są outsiderami, na dodatek niesamowicie inteligentnymi i kochającymi literaturę, szukającymi w książkach ucieczki od trudnej rzeczywistości.

Dużym plusem dla powieści jest to, iż opowiada ona zupełnie odrębną historię. Temu, kto nie zapoznał się wcześniej z "Panem Mercedesem" tak naprawdę niewiele umknie. Znani z poprzedniej książki Bill Hodges, Jerome Robinson oraz Holly Gibney pełnią tutaj raczej poboczną rolę i pojawiają się dopiero w momencie, gdy historia Morrisa i Petera zaczyna się zazębiać. Fabuła książki także nawiązuje jedynie epizodycznie do poprzedniej części.

Motyw psychopatycznego fana przewijał się już w twórczości Stephena Kinga. Mam tu na myśli powieść "Misery", w której to była pielęgniarka Annie Wilkes niezadowolona z zakończenia cyklu romansów o Misery Chastain porywa znanego pisarza Paula Sheldona i torturuje go w swym domu, zmuszając do napisania kontynuacji ulubionej serii. W "Znalezione nie kradzione" Morris również darzy papierowego bohatera Jimmy'ego Golda tak wielkim uwielbieniem, że skłonny jest do dokonania zbrodni i ryzykowania spędzenia reszty życia w więzieniu, byleby tylko poznać jego dalsze losy. King nadał w ten sposób swej najnowszej powieści podwójny wydźwięk. Pokazuje, jak duża presja spoczywa na pisarzach od wielu lat znajdujących się na świeczniku sławy. Zmagać muszą się oni z zawiedzionymi nadziejami czytelników, z falą krytyki i niezrozumienia z ich strony oraz z coraz wyższymi oczekiwaniami. Bo nadgorliwi fani chcą, by ulubieni autorzy pisali coraz więcej, coraz lepiej i coraz szybciej. Nie dają czasu na złapanie oddechu i naładowanie baterii. Pragną nowych bohaterów, nowych historii i nowych przeżyć. Zupełnie jak na arenie: chcą chleba i igrzysk. Stephen King jako jeden z najpopularniejszych pisarzy na świecie z pewnością doskonale zna ten problem.

"Znalezione nie kradzione" to powieść, która czyta się praktycznie sama. Jest wciągająca, świetnie skonstruowana, trzymająca w napięciu i zdecydowanie bardziej dopracowana od swej poprzedniczki. Widać, że Stephen King rozwija się w nowym dla siebie gatunku i stawia coraz pewniejsze kroki w powieści detektywistycznej. Ja z utęsknieniem czekam na ostatnią, zamykającą trylogię część. I właśnie uświadomiłam sobie, że przypominam przez to owego niecierpliwego fana, o którym wspominałam wcześniej. Bo chciałabym, aby King napisał kolejną powieść szybciej i aby była jeszcze lepsza niż ta, którą dopiero skończyłam czytać. Na zakończenie dodam zaś, że cytat pochodzący z książki powinien przyświecać każdemu recenzentowi (i nie tylko): "opinia jest jak dupa: każdy ma własną".*

 

*Stephen King, Znalezione nie kradzione, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2015, s.113.

wtorek, 14 lipca 2015

Dziewczyna z porcelany

Wydawnictwo Czwarta Strona

Liczba stron: 320

 

Agnieszka Olejnik znana jest polskim czytelnikom jako autorka książek dla dzieci i młodzieży ("Ava i Tim. Droga na północ", "Zabłądziłam") oraz kobiecego kryminału "Dante na tropie". W maju br. nakładem wydawnictwa Czwarta Strona do księgarni trafiła najnowsza powieść tejże pisarki zatytułowana "Dziewczyna z porcelany".

Michał jest przystojnym, dwudziestoczteroletnim studentem przedostatniego roku informatyki. Finansowo wiedzie mu się całkiem nieźle, gdyż ima się wielu zajęć: pracuje jako model, fotograf, projektuje też strony internetowe. Przebiera w dziewczynach jak w ulęgałkach, lecz nie chce wiązać się z żadną na dłużej - dla chłopaka liczy się tylko relacja oparta na seksie. Podświadomie czuje on jednak, że jego życiu brak głębszego sensu i zaczyna przypominać ono próżnię. Niespodziewanie wszystko wokół Michała ulega diametralnej zmianie. Chłopak będzie zmuszony do odbycia szybkiej lekcji dorastania, przewartościowania swoich celów i nauczenia się funkcjonowania w nowej, osobliwej dla niego roli. A gdy na jego drodze staje Zuzanna, starsza od niego o siedem lat kobieta boleśnie doświadczona przez los, zaczyna on rozumieć, iż do tej pory o prawdziwej miłości wiedział naprawdę niewiele.

Określiłabym "Dziewczynę z porcelany" mianem nietypowego romansu. Nietypowego, gdyż opisanego z perspektywy mężczyzny. To Michał jest pierwszoosobowym narratorem i to za pomocą jego relacji poznajemy bieżące wydarzenia. Powieść Agnieszki Olejnik jest przepełniona erotyzmem i subtelnymi scenami miłosnymi. Czytając ją czułam się, jakbym obserwowała parę tańczącą pełne pasji tango. Była tu namiętność, czuć było magnetyzm występujący pomiędzy bohaterami, co rusz przyciągającymi i odpychającymi się od siebie, a całość tworzyła pełen wysublimowanego piękna obraz.  Warto przyjrzeć się również kreacji głównych postaci. Autorka świetnie kreśli ich profile psychologiczne oraz doskonale oddaje ich stany emocjonalne: ich wahania, rozterki, radości i wzruszenia. Natomiast język jakim posługuje się Agnieszka Olejnik jest piękny i pełen metafor. Niezwykle bogate opisy sprawiają zaś, że lektura powieści zdaje się oddziaływać na wszystkie zmysły odbiorcy: wręcz poczuć można delikatną woń perfum, smak wina na podniebieniu i delikatny dotyk dwojga kochanków oraz prawie usłyszeć dźwięki nastrojowej muzyki, gdy przed naszymi oczyma przewijają się odmalowywane sceny.

Powieść Agnieszki Olejnik to nie tylko genialnie skrojona historia miłosna. Na uwagę zasługuje tutaj przede wszystkim rozbudowany pierwiastek obyczajowy. "Dziewczyna z porcelany" jest książką mówiącą o poznawaniu samego siebie, uczeniu się odpowiedzialności za drugą osobę, wybaczaniu oraz o budowaniu trudnych więzi braterskich i rodzicielskich. Bohaterowie nie są statyczni, na kartach powieści przechodzą oni bowiem niesamowitą ewolucję. Na tym polu najbardziej przoduje Michał, który dzięki swemu poświęceniu i podejmowaniu szeregu niełatwych wyborów staje się zupełnie innym człowiekiem. W Zuzannie także następuje istotna przemiana, gdyż przeobraża się ona z tytułowej porcelanowej dziewczyny w kobietę pewną siebie i już nie tak kruchą, jak mogłoby się pozornie wydawać. Dla fabuły powieści bardzo istotny jest także motyw poznawania przeszłości rodziców Michała. Wątek ten pokazuje, iż nie tak prosto jest poddawać wszystko bezwzględnej kategoryzacji. Jak wiemy, życie nie składa się tylko z bieli i czerni. Gdzieś pomiędzy istnieją odcienie szarości i to one nadają naszej egzystencji właściwy koloryt.

Sięgając po tę książkę miałam bardzo wysokie oczekiwania. Było to moje drugie spotkanie z twórczością Agnieszki Olejnik skierowaną do dojrzałego odbiorcy. Tym razem także się nie zawiodłam. I pomimo tego, że nie jestem fanką romansów, w tym przypadku zostałam wprost uwiedziona!

12:51, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 lipca 2015

Ukochany z piekła rodem

Wydawnictwo Melanż

Liczba stron: 272

 

Alek Rogoziński z wykształcenia jest filologiem, z zawodu zaś dziennikarzem. Od wielu lat związany jest on z magazynem "Party". "Ukochany z piekła rodem" to jego pierwsza powieść kryminalna.

Każdy z nas marzy o wielkiej miłości. Podobnie jest z Joanną, popularną romansopisarką. Pomimo tego, że na kartach swych książek opisuje ona gorące i płomienne związki, w jej życiu uczuciowym panuje zupełna susza. Owszem, zdarzają jej się przygodne flirty. Niestety Amor zdaje się z niej drwić, gdyż kobieta co rusz natyka się na niewłaściwego faceta. Gdy podczas wyjazdu do Zakopanego Joanna poznaje przystojnego i dużo od siebie młodszego fotografa Konrada, ma nadzieję, że w końcu udało się jej odnaleźć idealnego kandydata na mężczyznę swojego życia. Kochankowie szybko zamieszkują razem w willi pisarki i przez kilka miesięcy wiodą pełny uniesień żywot ubóstwiającej się pary. Tymczasem los szykuje dla Joanny okrutną niespodziankę. W jej domu dochodzi do morderstwa, a ofiarą staje się właśnie Konrad! Kobieta nieufna wobec skuteczności działań policji postanawia rozpocząć poszukiwania zabójcy na własną rękę. W całą sprawę wciąga swą menedżerkę, a prywatnie przyjaciółkę, Betty. Szybko wychodzi na jaw, że młody amant Joanny ukrywał wiele sekretów i nie był tak kryształowy, jakby się wydawało.

Alek Rogoziński zagląda do różnych kręgów zawodowych. Trochę kpi ze świata celebrytów, co świetnie widać na przykładzie rozkapryszonej estradowej diwy Klaudii Hutniak, lekko naśmiewa się także z czyhających w krzakach paparazzi, próbujących uchwycić każdą gafę popełnioną przez śledzone gwiazdy. Ukazuje również kulisy pracy goniących za sensacją dziennikarzy oraz mankamenty życia będących na świeczniku sław. Postacie pojawiające się na kartach książki są odrobinę przerysowane i podkolorowane. Nie jest to żaden zarzut w stronę Alka Rogozińskiego, gdyż zabieg ten pasuje tutaj wyśmienicie. Autor uwypuklił cechy charakterystyczne każdego z bohaterów, przypisując im tym samym określone role. Joanna ujmuje swoją niefrasobliwością, Betty rozbawia kąśliwymi uwagami, a Klaudia ma za zadanie rozśmieszać czytelnika swym irytującym zachowaniem i  licznymi fanaberiami.

Ten, kto spodziewa się nieoczekiwanych zwrotów akcji oraz przyprawiających o gęsią skórkę, ociekających krwią scen, ten może się gorzko rozczarować. "Ukochany z piekła rodem" jest to bowiem książka zaliczana do kryminałów z rodzaju lekkich. Nie oznacza to jednak, iż pozbawiona jest przez to ikry! Wręcz przeciwnie, jest ona błyskotliwa i porywająca. Nie brak tu zabawnych dialogów, szczypty czarnego humoru, a także ciętego języka, tak szczodrze używanego przez Betty. Jeśli chodzi zaś o samo zakończenie powieści, okazało się ono dla mnie sporym zaskoczeniem, gdyż tożsamość mordercy do ostatnich rozdziałów pozostawała dla mnie zagadką.

"Ukochany z piekła rodem" to lektura, która zapewni Wam kilka godzin dobrej rozrywki. Alek Rogoziński swą debiutancką książką narobił mi apetytu na lekkostrawną i przyjemną powieść kryminalną, jednakże mam nadzieję głód ten wkrótce zaspokoić. Zgodnie z zapowiedziami jesienią ukazać ma się kolejna część przygód zwariowanego duetu składającego się z Joanny i Betty, zatytułowana "Morderstwo na Korfu". Ja już szykuję się na prawdziwy czytelniczy deser.



Tagi

facebook instagram pinterest

E-mail: uzaleznieniodczytania@wp.pl

stat4u

Teraz czytam

Głosy Pamano