poniedziałek, 18 lipca 2016

Wydawnictwo Paperback

Liczba stron: 274

 

Ledwie zakończyła się sprawa ze straszliwie pomocą szafą, a chłopcy znajdują na strychu w domu Wolskich kolejny tajemniczy mebel. Jest to kufer, który… wciąga Staszka, Karola oraz Antka i przenosi ich w czasie do lat siedemdziesiątych XX w. Jakby tego było mało, przyjaciele lądują - a gdzieżby indziej - prosto w Chinach! Od tej pory nie będą mieli nawet chwili na to, by złapać oddech. Nie dość, że muszą zastanowić się, jak wykaraskać się z nowych kłopotów, to jeszcze wplątani zostają w szeroko zakrojoną  intrygę. Będą musieli dokonać wyboru pomiędzy siłami dobra i zła, stawka jest zaś wysoka. Kto odniesie zwycięstwo w tej walce, uwolni pradawne moce i będzie nimi władał.

Tym razem już od pierwszych stron razem ze Staszkiem, Karolem i Antkiem wpadamy prosto w wir niezwykłych zdarzeń. Chłopców czeka szereg przygód, których nie powstydziłby się sam Harry Potter. Będą pościgi, gwałtowne zwroty akcji, treningi ciała i umysłu, magiczne zaklęcia i sztuczki. Pojawią się smoki, magowie i czarodziejskie przedmioty. Przyjaciele będą się przemieszczać do różnych punktów w czasie, odwiedzą wiele niesamowitych miejsc, nawiążą nowe znajomości i nauczą się bardzo wiele o dziejach własnego miasta i historii domu Staszka.

Również drugi tom traktujący o poczynaniach trzech niesfornych nastolatków zapewni nam porządną dawkę dobrego humoru. Będziemy mieli okazję przekonać się, że inskrypcje z ciasteczek z wróżbą to nie tylko czcze słowa, dowiemy się jakim łamańcem językowym dla niektórych potrafi być prosta przyśpiewka „Szła dzieweczka do laseczka” oraz że owoce cytrusowe mogą (dosłownie) rzucić światło na niejedną niejasną sytuację.

Lektura dwóch części Staszkowych przygód już za mną. Myślę, że bardzo chętnie jeszcze kiedyś wrócę do nich wraz z moją córką, a potem będzie ona chętnie czytała je samodzielnie. Trochę żal mi rozstawać się z całą paczką, ale mam nadzieję, że Tomasz Duszyński ma jeszcze w planach kontynuację cyklu.

O pierwszej części przygód Staszka przeczytacie TUTAJ.

niedziela, 17 lipca 2016

Wydawnictwo Paperback

Liczba stron: 348

 

Choć moja metryka nieubłaganie wskazuje na to, że wiek nastoletni dawno pozostawiłam za sobą, czasami lubię dla odmiany przeczytać książkę przeznaczoną dla młodzieży. Sięgając po „Staszka i straszliwie…pomocną szafę” przyświecała mi także myśl, iż na lekturze tej skorzystam nie tylko ja, lecz za kilka lat również i moja córka.

Staszek Wolski wydaje się być przeciętnym nastolatkiem z typowo nastoletnimi problemami. Miewa humory, złości się na rodziców, a młodsza siostra gra mu na nerwach. Jakby tego było mało, martwi się o oceny, boi się braku akceptacji ze strony rówieśników i przeżywa pierwsze młodzieńcze zauroczenie. Życie Staszka wywraca się do góry nogami, gdy zmuszony jest przeprowadzić się wraz z rodziną do innej miejscowości, porzucając tym samym dotychczasową szkołę i znajomych. Początkowo chłopcu trudno jest odnaleźć się w nowym miejscu i traktuje całe to zamieszanie związane z przenosinami jako prawdziwy dopust boży. Wśród kolegów z klasy czuje się jak czarna owca, a (pomimo tego że pięknie odremontowany) prawie stuletni dom, do którego przyszło mu się przenieść, odrobinę go przeraża. Kiedy jego gimnazjum bierze udział w innowacyjnym programie trójek klasowych, Staszek zgłasza się na ochotnika widząc w tym szansę na zaadoptowanie się do nowego otoczenia i być może zdobycie przyjaciół. W wykonywaniu zadań pomaga mu pewna niezwykła…szafa. Tylko, czy aby na pewno bezinteresownie? Staszek szybko przekona się, że w życiu nie ma nic za darmo.

Po lekturze kilku rozdziałów zrozumiałam, co jest tak wyjątkowego w Staszku. To jego niesamowita dojrzałość. Pomimo młodego wieku, Staszek jest chłopcem nadzwyczaj rozsądnym i rozważnym. Nie podejmuje decyzji pochopnie, cechuje go wysoka kultura osobista, jest oddanym przyjacielem i łatwo zyskuje sympatię otoczenia. Wprost nie można go nie polubić.

Sam motyw zadań trójklasowych to pomysł bardzo nowatorski i z powodzeniem można by go wprowadzić w niejednej placówce oświatowej. Jeśli chodzi zaś o tytułową szafę, ma ona pewne właściwości magiczne. Znane nam są z literatury młodzieżowej różne rodzaje szaf. Jako przykład podam chociażby tą pierwszą przychodzącą na myśl - opisaną w „Opowieściach z Narnii”. Można by się spodziewać, że schemat zaczerpnięty od Lewisa zostanie w jakiś sposób powielony przez autora. Nic bardziej mylnego! Tym razem ten garderobiany mebel nie służy jako portal do innego bajkowego świata, a działa na zasadzie studni życzeń. Z szafy wychodzić będą bowiem osoby, które mają pomagać Staszkowi w przygotowaniach do konkurencji, zarówno wymagających umiejętności logicznego myślenia, jak i sprawności fizycznej.

Książka Tomasza Duszyńskiego niesie ze sobą bardzo mądre przesłanie dla młodych czytelników. Mówi o tym, że prawdziwa przyjaźń pozwala dokonywać rzeczy wręcz niemożliwych, uczy wytrwałości i wyrabiania w sobie altruistycznej postawy. Zachęca do rozwijania swoich pasji, poznawania środowiska, w którym żyjemy i pogłębiania swojej wiedzy z różnych dziedzin. Poza tym przepełniona jest dobrym humorem, nie brak tu zabawnych dialogów i komicznych wręcz sytuacji (szczególnie tych z udziałem Karola). Zakończenie pozostawia lekki niedosyt, gdyż jest jednocześnie wstępem do dalszych przygód Staszka i jego paczki. Całe szczęście miałam drugą część pod ręką, więc tak szybko nie pożegnałam się z bohaterami.

środa, 06 stycznia 2016

Oto podsumowanie całego poprzedniego roku w telegraficznym skrócie:

  • Od dwóch lat na potrzeby blogu prowadzę swoje własne statystyki przeczytanych lektur. W 2015 roku omówiłam 22 książki, które wyszły spod pióra polskich autorów. Łącznie przeczytałam 76 książek, co daje razem 30464 strony.  Dziwnym trafem w ubiegłym roku wyglądało to bardzo podobnie :) Recenzje prawie wszystkich tytułów znajdziecie TUTAJ.
  • Mój powiązany z blogiem fanpage na Facebooku zatytułowany Uzależnieni od czytania pod koniec 2015 roku skupiał ponad 12,3 tys. książkomaniaków.
  • Mój profil na Instagramie jatuczytam śledzi 380 obserwujących.


Styczeń zaczęłam bardzo intensywnie, jednak pod koniec roku widać wyraźną czytelniczą tendencję spadkową. Związane jest to z większą ilością obowiązków, głównie zawodowych. Pomimo to co dzień staram się poświęcić choć godzinkę czasu na swoją ulubiona rozrywkę, czyli czytanie.

15:38, marcinkowska.katarzyna , 2015
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 stycznia 2016

W 2015 roku półki w księgarniach zapełniło wiele ciekawych nowości książkowych. Kilka z nich także wpadło w moje ręce. Spośród wszystkich przeczytanych przeze mnie tytułów wybrałam dziesięć, które zapadły mi w pamięć i najbardziej przypadły do gustu w ubiegłym roku. Uprzedzam, że jest to zestawienie czysto subiektywne. Znalazły się w nim aż cztery książki spod pióra polskich pisarek. Kolejny raz w rankingu swe miejsce znalazła publikacja autorstwa Matthew Kneale'a. Moje opinie o każdej książce znajdziecie klikając na wybrany tytuł. Kolejność prezentowania jest zupełnie przypadkowa.

 

1. Jedenaście tysięcy dziewic, Joanna Marat (literatura polska, powieść obyczajowa)

Za niebanalność i wyjątkowość oraz bogaty ładunek emocjonalny.

 

2. Jaśnie pan, Jaume Cabré (literatura hiszpańska)

Za bogaty język, satyrę i przemyślaną konstrukcję.

 

3. Drobne występki w czasach obfitości, Matthew Kneale (literatura brytyjska)

Za krytycyzm, metaforyczne przesłanie.

 

4. Wakacje, Stanley Middleton (literatura brytyjska)

Za niepowtarzalny klimat, wieloznaczność.

 

5. Odpływ, Lars Saabye Christensen (literatura norweska)

Za melancholijny wydźwięk, humor.

 

6. W cieniu, A.S.A. Harrison (literatura kanadyjska, thriller psychologiczny)

Za drobiazgową psychoanalizę głównych bohaterów.

 

7. Najdroższa, Wanda Żółcińska (literatura polska)

Za mocny debiut.

 

8. Córeczka, Liliana Fabisińska (literatura polska, powieść obyczajowa)

Za poruszaną tematykę.

 

9. Ostatnia wola, Joanna Szwechłowicz (literatura polska, kryminał)

Za zaskakujące zakończenie, klimat retro i inteligentny humor.

 

10. Znalezione nie kradzione, Stephen King (literatura amerykańska, powieść detektywistyczna)


Za trzymanie czytelnika w stanie napięcia.

poniedziałek, 04 stycznia 2016

594061na

Wydawnictwo Muza

Liczba stron: 368

 

Z reguły nie przepadam za poradnikami. Sięgam po nie bardzo rzadko i tylko wtedy, gdy czymś mnie zaintrygują. Zdecydowałam się na przeczytanie „Klubu szczęśliwych żon”, ponieważ ciekawiło mnie, ile prawdy jest w stwierdzeniu, że aby poznać sekret szczęśliwego małżeństwa wystarczy przestrzegać kilku uniwersalnych zasad. Próbę udowodnienia, iż istnieje sprawdzony przepis na udany związek podjęła w swej książce Fawn Weaver.

Fawn Weaver od trzynastu lat jest mężatką. W czasach, gdy rozpad nawet długoletniego małżeństwa nikogo już nie dziwi, a imprezy rozwodowe cieszą się ogromną popularnością, Fawn postanowiła zebrać grupę kobiet, które są szczęśliwymi żonami i założyć wspólnie z nimi klub. Początkowo Fawn zapraszała do stowarzyszenia swoje znajome, te zaś „wciągały” w jego szeregi kolejne osoby. Tak oto klub rozrastał się stopniowo. Obecnie należy do niego ponad sto tysięcy członkiń.

Autorka odbyła podróż poprzez sześć kontynentów w poszukiwaniu recepty na udane małżeństwo. Fawn rozmawiała z parami, które od wielu lat żyją w związku. Szkoda, że na swych rozmówców wybrała grono bardzo homogeniczne. W większości są to ludzie, którzy nie napotkali na swej drodze poważniejszych przeszkód. Bardziej przemawiałoby do mnie, gdyby Weaver umieściła w swej książce jako wzór osoby, które musiały pokonać liczne przeciwności, aby być dalej razem (chorobę ukochanego, długą rozłąkę, problemy z dziećmi…przykłady można mnożyć). Pomimo tego, że wywiady dotyczą ludzi z różnych zakątków globu, nie widać u nich różnic kulturowych, czy nawet różnic temperamentów! Wygląda to tak, jakby Weaver przeszła się po najbliższym osiedlu i przeprowadziła rozmowę z co drugą parą. A wszystko przedstawione jest w tak telegraficznym skrócie, że w zasadzie nie wiedziałam, czy dani małżonkowie już zdradzili ów sekret autorce, czy zaprosili ją na niezobowiązującą pogadankę przy obiedzie.

Nie zgadzam się ze stwierdzeniem Weaver, że postrzeganie związku w kategoriach pracy z założenia jest czymś złym. Uważam, że relacja pomiędzy dwojgiem ludzi wymaga nieustannie, aby nad nią pracować. W innym wypadku nie będzie się ona rozwijać, a stać w miejscu. Gdyby ludzie dobierali się w pary tylko na zasadzie tego, jak perfekcyjnie do siebie pasują – czyli według autorki tak że wręcz mogą czytać sobie w myślach i uzupełniać nawzajem swe wypowiedzi – to instytucja małżeństwa lub jakiegokolwiek związku partnerskiego już dawno by upadła. Człowiek to istota niedoskonała, która całe życie kształtuje swój charakter. Patrząc przez pryzmat właśnie tej człowieczej niedoskonałości, gdy tworzymy relację z drugą osobą, z góry będzie ona „skazana” na ustawiczną pracę i polepszanie. Ocenianie czyjegoś związku na podstawie tego, ile wysiłku w niego wkłada jest z gruntu niedojrzałe. A jeśli ktoś mówi mi, że małżeństwo powinno składać się jedynie z samych wzlotów i wzajemnego wyjadania sobie z dziubków (a dokładnie to przez ponad trzysta stron książki próbowała udowodnić mi autorka), to ogarnia mnie pusty śmiech.

Małżeństwo to także potknięcia i upadki. Ważne, aby po takiej wywrotce zawsze podnieść się silniejszym i co najważniejsze, mądrzejszym. Większą wartość prezentuje dla mnie ten związek, który pomimo perturbacji wychodzi z wszelkich zawirowań wzmocniony, niż ten, który w ustawicznym trzymaniu się za ręce upatruje swojej wyższości nad innymi. A to niestety Weaver podkreślała na każdym kroku, za przykład podając własne małżeństwo. Jedyny wniosek, jaki udało mi się wyciągnąć z lektury (a poparty jest kilkunastoma wymienionymi w niej przykładami) jest nieco przykry: droga do bycia szczęśliwa żoną prowadzi poprzez ustawiczne zadowalanie męża, i sprawianie, aby był w dobrym humorze. Brzmi trywialnie? Oto przykład z książki: Pewna kobieta, Faye cierpiała na depresję z powodu pięciu poronień. Przy ostatniej ciąży komplikacje nastąpiły w piątym miesiącu. Faye musiała przez tydzień nosić w brzuchu martwe dziecko, a ponieważ nie mogło urodzić się naturalnie poród wymagał interwencji lekarzy. Mąż nawet nie wybrał się z nią do specjalisty. Z powodu osobistej traumy i braku wsparcia ze strony małżonka kobieta zgorzkniała i wpadła w depresję. W końcu wdała się w romans z kimś, kto poświęcił jej odrobinę uwagi. Mąż miłosiernie jej wybacza i znów są idealną parą. Jednak to, co wprawiło mnie w osłupienie, to reakcja autorki na tę opowieść. Waever podkreśla, że wina leży wyłącznie po stronie kobiety, pisząc: „Jak ktoś może mieć w sobie tak wielkie pokłady wybaczenia? W jaki sposób zdradzony małżonek może okazać się tak wyrozumiały?”.* Posiadanie przez nią własnego zdania to także przepis na porażkę, gdyż to mąż powinien mieć zawsze ostatnie słowo. Chcecie przykładu? W przypadku tej książki nie mogę powstrzymać się od cytowania, gdyż ciężko oddać to własnymi słowami. Proszę, taki oto kwiatek: „Bonnie szybko zorientowała się, że to ona ma dominującą osobowość i że bez problemu może wykorzystać swój autorytet i wziąć Jerry’ego pod pantofel. Ale zdecydowała się, że to on będzie podejmował ostateczne decyzje. Przyznała, że czasem się z tym nie zgadza, i wypowiada głośno swoje zdanie, ale to do niego należy ostatnie słowo.”** A teraz bezcenny komentarz autorki kwitujący te słowa: „Rozpogodziłam się, gdy to powiedziała, bo jej słowa przypomniały mi jedną z moich ulubionych książek o małżeństwie, ‘Żonę uległą’.”*** Czy naprawdę o to właśnie chodzi w udanym małżeństwie? Chyba nie.

Zróbmy mały test. Zamknijcie oczy i pomyślcie o kilku czynnikach, które mają wpływ na to, że związek jest naprawdę udany. Gratulacje! Prawdopodobnie udało Wam się wymienić połowę, o ile nie wszystkie wyszczególnione tutaj. Cóż by tu rzec… Prawdę powiedziawszy poradnik Fawn Weaver nie dotarł do mnie zupełnie. Bardziej nadawałby się na ortodoksyjną książkę z XIX wieku pod jakimś fantazyjnym tytułem typu „Żona dobra i spolegliwa” niż vademecum dla nowoczesnej kobiety. Chyba, że gdzieś po drodze zgubiłam jego przesłanie.

„Kobiety stworzone są do ulegania i posłuszeństwa, sztuki panowania nie znają
i dlatego, kiedy im się przypadkiem pora rządzenia nadarzy, zawsze jej źle używają.”
(Klementyna Hoffman, Pamiątka po dobrej matce czyli ostatnie jej rady dla córki, 1819 rok – Brzmi podobnie, prawda?)

*Fawn Weaver, Klub szczęśliwych żon, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2015, s.49

** Ibidem, s.57-58.

*** Ibidem, s.58.

 

15:06, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30
Tagi

facebook instagram pinterest

E-mail: uzaleznieniodczytania@wp.pl

stat4u

Teraz czytam

Głosy Pamano