piątek, 13 czerwca 2014

Droga królów, Brandon Sanderson

Wydawnictwo MAG

Liczba stron: 960

Do „Drogi królów” podeszłam bardzo sceptycznie i z pewną rezerwą. Uczucie to potęgował fakt, że ta prawie tysiącstronicowa księga stanowi prolog do całego, zaplanowanego na dziesięć tomów cyklu „Archiwum burzowego światła”.  Miałam obawy, czy autor nie ma aby tendencji do nadmiernego rozwlekania akcji i popadania w przesadę. Jest to coś, co nazywam syndromem Elizy Orzeszkowej (ze względu na niezwykle długie opisy krajobrazów w „Nad Niemnem”, przez które po prostu nie mogłam przebrnąć). Rzeczywiście, początkowo miałam wrażenie, że książka Sandersona jest nieco chaotyczna, z mnóstwem nowych faktów i skomplikowanych powiązań genealogicznych. Nie ukrywam, że zniechęcało mnie to i ledwo uporałam się z pierwszymi stu stronami. Jednak (na moje szczęście) nie odłożyłam tej pozycji na bok, bo - jak później stwierdziłam-  dostałam do ręki prawdziwą perełkę.

Akcja „Drogi królów” rozpoczyna się w momencie zabójstwa króla Gavilara. Morderstwo to zapoczątkowuje trwającą wiele lat okrutną wojnę z tajemniczym ludem Parshendi. Według noty zamieszczonej na tylnej okładce bohaterami książki są cztery osoby. Moim zdaniem w powieści wyróżniają się jedynie dwie postaci, którym można nadać takie miano: jest to Kaladin i Dalinar, pozostałe dwie pojawiają się jedynie sporadycznie. Kaladin to młody, dziewiętnastoletni chłopak. Jest on byłym żołnierzem i byłym chirurgiem zmuszonym do porzucenia zawodu. Trafia do niewoli, skąd zostaje wykupiony, by pracować jako mostowy w armii arcyksięcia Sadeasa. Dalinar to zupełne przeciwieństwo Kaladina: ponadpięćdziesięcioletni mężczyzna, znajdujący się wysoko w hierarchii, dowodzący własnym wojskiem. Ma on władzę i szacunek podwładnych. Na przekór tym dysproporcjom losy Kaladina i Dalinara są jednak ze sobą powiązane: obaj będą mieli wpływ na przebieg szalejącej wojny.

W powieściach fantasy lubię, gdy autor tworzy całkiem nowy, precyzyjnie zbudowany i skomplikowany świat. Właśnie z tym stykamy się w „Drodze królów”.  Mamy tu do czynienia z niezwykłą florą i fauną, np.  z nieznanymi do tej pory skałopąkami, czy chullami.  Przez całą powieść przewijają się także różnego gatunku spreny (rodzaj duchów) oraz fabriale (magiczne urządzenia) i to właśnie te dwa elementy są według mnie najbardziej nowatorskim aspektem  uniwersum, w którym osadzona jest książka Brandona Sandersona. O kunszcie autora świadczy również to, że pisze on niezwykle pięknym językiem zaczerpniętym z epoki rycerskiej. Wiele rozdziałów zaczyna się tajemniczymi cytatami, brzmiącymi jak fragmenty raportów z autopsji i dodającymi książce mroczności. Co istotne, walory powieści podnosi fakt, że wszyscy bohaterowie wykreowani przez Sandersona przedstawiani są na zasadzie kontrastu.

Pod względem wizualnym „Droga królów” stanowi piękne wydanie. Poza cudowną i przyciągającą wzrok okładką cała powieść okraszona jest licznymi, precyzyjnie wykonanymi rysunkami. Na końcu pozycji znajdziemy również kolorowe mapki, które pomagają rozeznać się w stworzonym przez autora  świecie.

Pomimo wszystkich przymiotów książka ma swoje minusy. Pierwszym z nich są gabaryty, które sprawiają, że czytanie jest nieco niekomfortowe (książka jest przede wszystkim ciężka). Choć nie jestem zwolenniczką takich działań, dla mnie ze względów praktycznych (przede wszystkim wygodę czytania) „Droga królów” mogłaby zostać podzielona na dwa tomy. Drugim mankamentem jest to, że powieść nie tworzy zamkniętej całości. Część wątków została nagle urwana, z myślą o kontynuacji w następnym tomie. Ostatnim słabym punktem jest nadmierne rozwlekanie wątków. Uważam, że niektóre rozdziały zostały dodane „na siłę” i spowalniały całą akcję książki, natomiast tam, gdzie przydałoby się uzupełnienie - autor nie poświęca wydarzeniom ani słowa. Dodatkowo, przy tak długo budowanym napięciu całej powieści brakuje wyróżniającego się momentu kulminacyjnego.

Wbrew wszystkim tym niedoskonałościom polecam tę pozycję wszystkim wielbicielom fantasy. Ja z chęcią sięgnę po kolejny tom z cyklu, gdyż kończąc ostatni rozdział „Drogi królów” myślałam tylko: „co będzie dalej? Czym zaskoczy mnie autor?” A Sanderson z pewnością potrafi zdumiewać, uwierzcie mi na słowo.

 

Moja ocena: 4,5/6

Tagi: fantastyka
22:43, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 czerwca 2014

Troje, Sarah Lotz

Wydawnictwo Akurat

Liczba stron: 480

 

Książka  Sarah Lotz „Troje” jest swoistym fenomenem na rynku wydawniczym. Prawa do publikacji powieści zostały wykupione przez największe wydawnictwa jeszcze zanim  autorka rozpoczęła pracę nad napisaniem drugiego rozdziału. Książka miała swą światową premierę 22 maja, a jej fabuła praktycznie do samego końca stanowiła pilnie strzeżony sekret i owiana była aurą tajemniczości.

Jest 12 stycznia 2012 roku - dzień nazywany później Czarnym Czwartkiem. Pamela May Donald - spokojna i nieco neurotyczna Amerykanka - leci do Tokio, by odwiedzić swoją córkę, która od kilku lat mieszka w Japonii. Jednak Pam, podobnie jak pozostałych 526 pasażerów boeinga 747, nigdy nie miała dolecieć do celu. Maszyna z nieznanych przyczyn rozbija się niedaleko okrytego złą sławą lasu Aokigahara, który wielu samobójców upodobało sobie na ostatnią wędrówkę. Pam w ostatnim akcie desperacji postawia nagrać wiadomość z tajemniczym przesłaniem - wiadomość, która w późniejszym czasie wywoła istne pandemonium. Wkrótce okazuje się też, że katastrofa samolotu linii Sun Air nie jest jedyną tragedią. W tym samym czasie na trzech innych kontynentach rozbiły się kolejne trzy samoloty, a liczba ofiar przekroczyła ponad tysiąc osób. Opinia publiczna na całym świecie nie ma wątpliwości – nikt nie mógł przeżyć tych wypadków. Jednak wkrótce okazuje się, że cudem przeżyły trzy osoby. Są to dzieci, dwóch chłopców oraz jedna dziewczynka i co dziwne – ich wiek jest zbliżony, a z katastrofy wyszły one praktycznie bez szwanku. Ludzie zaczynają nazywać ich „Trojgiem”.

Cudowne ocalenie trojga dzieci rozpoczyna lawinę spekulacji. Wszyscy zaczynają zastanawiać się, jak to jest możliwe, że akurat tej trójce udało się przeżyć. Ocalałe dzieci trafiają szybko na pierwsze strony gazet i są niemal zaszczute przez reporterów szukających sensacji. Pojawiają się spekulanci, którzy sugerują, że samoloty rozbiły się wskutek działań terrorystycznych. Niektórzy tymczasem w katastrofach zaczynają doszukiwać się nadnaturalnych przyczyn: woli Bożej lub interwencji Obcych.  Ta powszechna paranoja przyczynia się do wyodrębnienia rzeszy fanatyków religijnych, pod przewodnictwem pastora Lena Vorheesa, którzy uważają, że ocalałe dzieci są personifikacją Jeźdźców z Apokalipsy św. Jana. Rozpoczynają oni zakrojone na światową skalę poszukiwania Czwartego Jeźdźca mającego przeżyć katastrofę samolotu, który rozbił się w Afryce. Poszukiwania te przemieniają się stopniowo w polowanie, a ludzie w myśliwych.   

Sama konstrukcja powieści jest specyficzna, ma ona bowiem formę reportażu: składa się z wywiadów, wiadomości e-mailowych, rozmów na czacie i transkrypcji konwersacji oraz fragmentów biografii - coś na kształt książki w książce. Wydarzenia opowiadane są z punktu widzenia różnych osób, a autorka często wybiega naprzód z relacjami niektórych wypadków. Powieść ta jest też niezwykle szczegółowa. Niemal czuje się ból rodzin ofiar, a dzięki niezwykle plastycznym opisom widzi się oczyma wyobraźni miejsce katastrofy i odczuwa strach bohaterów. Odbiorca zostaje wprowadzony w stan, w którym chwilami może mieć wrażenie, że  książka jest autentyczną relacją z tragicznych wydarzeń.

„Troje” to thriller polifoniczny. Koncentruje się dość mocno na przeżyciach głównych postaci, próbując wyjaśniać motywy, jakie nimi kierują.  Ma również pewne znamiona horroru, momentami czytelnik może poczuć się, jak przeniesiony żywcem na karty powieści Stephena Kinga. Moim zdaniem „Troje” ma również drugie dno, stanowiące pewne głębsze przesłanie. Jest to po części książka mówiąca o tym, że świat lubi szukać sensacji, a media kochają karmić się ludzką tragedią i krzywdą. Opowiada także o umiłowaniu człowieka do fatalizmu, który to leży głęboko zakorzeniony w ludzkiej naturze.

Mam nadzieję, że udało mi się rozbudzić ciekawość potencjalnego czytelnika i że nie zdradziłam zbyt wiele szczegółów. Osobiście mam mieszane uczucia odnośnie całokształtu powieści. Z pewnością przyprawiła mnie ona o dreszcze. Już sam wygląd książki ma w sobie coś magnetyzującego i jednocześnie budzącego grozę – czarna okładka i zaczernione brzegi zapowiadają, że kryje się tam mroczna treść. Mam jednak lekkie poczucie niedosytu, gdyż po tak długim wstępie budującym napięcie zabrakło mi mocnego finału. Chociaż z drugiej strony, otwarte zakończenie również ma swoje walory – daje bowiem odbiorcy dowolność w rozmyślaniu nad tym, co wydarzyło się naprawdę. Z pewnością książka Sarah Lotz mnie intryguje. A czy zaintryguje również Was – oceńcie to sami.

 

Moja ocena: 4,5/6



Tagi: thriller
19:18, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Komentarze (2) »
sobota, 31 maja 2014

Martwy punkt, Louise Penny

Wydawnictwo Feeria

Liczba stron: 424

 

Gdy w Three Pines, malowniczym i pełnym uroku niewielkim miasteczku niedaleko Montrealu dochodzi do morderstwa, wszyscy mieszkańcy są zszokowani: przecież jest to tak przyjacielskie i spokojne miejsce, że nikt w nocy nie zamyka drzwi na klucz. Jednak coś się zmieniło, już nie jest tak bezpieczne - ktoś w mglisty, niedzielny poranek dokonał zbrodni! Ofiarą jest Jane Neal – sympatyczna i lubiana przez wszystkich emerytowana nauczycielka.

Do miasteczka przyjeżdża inspektor Armand Gamache, który ma za zadanie rozwikłać tę dziwną sprawę. Gamache jest eleganckim i dystyngowanym mężczyzną po 50-tce. Jest on uprzejmy, wyważony i szarmancki, jednak pomimo swej aparycji potrafi wzbudzać szacunek. Stara się on odkryć, jaką tajemnicę kryją ci błyskotliwi i na pozór przyjacielscy mieszkańcy. Inspektor dobrze wie, że zbrodnia jest rzeczą głęboko ludzką i że trzeba nawiązać nić porozumienia z ludźmi, by odkryć motywy, jakie nimi kierują. Bo przecież „(…) kto wie, jakie zło czai się w ludzkich sercach?”

Armand Gamache jest postacią nietuzinkową. Po raz pierwszy spotkałam się z detektywem, który nie jest indywidualistą i lubi pracę zespołową. Stara się on też być mentorem i pomagać innym. Jest dokładny i nie umykają mu żadne szczegóły. Wszystkie te cechy zebrane razem tylko uwypuklają jego unikatowość.

„Martwy punkt” to debiutancka powieść Louise Penny, która przyniosła jej ogromny sukces i szybko stała się bestsellerem. Jest to książka, w której nikt nie jest tym, kim wydaje się być. Pełna jest fałszywych tropów i błędnych oskarżeń. Jest błyskotliwa i inteligentna, momentami kąśliwa a chwilami zabawna. Kanwą dla całej powieści jest miłość do sztuki i podkreśla to tylko wyjątkowość tej książki. Louise Penny z pewnością wytycza nowy kierunek dla współczesnego kryminału. „Martwy punkt” czyta się świetnie. Polecam serdecznie!

„Zło jest mało widowiskowe, ale z pewnością ludzkie.

 Spożywa posiłki przy naszych stołach i śpi w naszych łóżkach”.

[W. H. Auden]

 

Moja ocena: 5/6

Zobacz także: Zabójczy spokój, Louise Penny

środa, 28 maja 2014

William Pul Young, Rozdroża

Wydawnictwo Nowa Proza

Liczba stron: 315

 

William Paul Young, autor bestselerowej „Chaty”, często nazywany jest mistrzem powieści traktujących o bólu, cierpieniu i o wierze. Mówi się, że nikt nie potrafi pisać o Bogu tak jak on. Ja z tym autorem zetknęłam się po raz pierwszy. Nie ukrywam, że po przeczytaniu pierwszych rozdziałów książki nastawiona byłam dość sceptycznie do całości, jednak w trakcie dalszej lektury wprost nie mogłam się oderwać!

Bohaterem powieści Younga jest  Anthony Spencer  – obdarzony zupełnym brakiem empatii paranoik i manipulant. Tony jest także odnoszącym sukcesy biznesmenem, a szybka droga na szczyt i błyskotliwa kariera spowodowały, że stał się zadufanym w sobie egoistą raniącym wszystkich, którzy go kochają. Jednak jest to tylko poza. Pod tą skorupą bohater jest bezbronnym chłopcem, który pragnie tylko, by ktoś pomógł mu się z niej wydobyć.  

Po niezwykle ostrym ataku bólu głowy, który Anthony mylnie bierze za migrenę, nasz bohater traci przytomność w podziemnym garażu swojego apartamentowca. Gdy trafia w ciężkim stanie na OIOM, okazuje się jednak, że ma guza mózgu oraz tętniaka. W wyniku silnego krwotoku podpajęczynówkowego Tony zapada w śpiączkę. 

Budzi się w niezwykłym świecie. Początkowo nie wie, czy to jawa czy sen. Dookoła niego rozpościera się pustkowie, zniszczona ziemia niczyja. Anthony zaczyna swą wędrówkę po tej dziwnej krainie, błąkając się po tytułowych rozdrożach. W czasie swej podróży spotyka różne postaci, które sprawiają, że zaczyna rozmyślać nad swoją dotychczasową egzystencją. Sam również ma pośredni wpływ na życie innych ludzi. Świat, po którym porusza się Tony jest pewną alegorią – obrazuje pustkowie, jakim jest serce bohatera. Jednak czy zmieni się ono w żyzną ziemię? I czy otaczający je mur skruszeje?

Cała książka ma formę przypowieści. Uczy nas, że Bóg przychodzi do nas pod różnymi postaciami. Wyjaśnia nam również sens życia i śmierci, mówi o wartości przebaczenia oraz o tym, ile dobra potrafi przynieść odrobina bezinteresowności i troski o innych. Jest to powieść pełna ciepła, wzruszająca i skłaniająca do refleksji. Zmusza nas do rozmyślania nad swoim własnym życiem.

Po lekturze „Rozdroży” Williama Paula Younga na usta ciśnie mi się tylko jeden przymiotnik określający tę książkę: cudowna! Płakałam ze wzruszenia kończąc ostatni rozdział. Uważam to za najlepszą rekomendację. Polecam serdecznie!

„To co leży za nami i przed nami jest drobnostką w porównaniu z tym, co mamy w sobie”.

[Ralph Waldo Emerson]

 

Moja ocena: 6/6



14:00, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 maja 2014

Rzeki Londynu, Ben Aaronovitch

Wydawnictwo MAG

Liczba stron: 384

Zimna styczniowa noc w Londynie. Pod zachodnim portykiem kościoła św. Pawła w Covent Garden dochodzi do brutalnego morderstwa – ktoś w tajemniczy sposób został pozbawiony głowy! W tych oto okolicznościach poznajemy naszego bohatera. Jest nim Peter Grant, londyński policjant, który do tej pory nie wykazał się niczym szczególnym i jego przełożony chce oddelegować go do pracy za biurkiem. Grant w trakcie oględzin miejsca zbrodni widzi… ducha. I tu zaczyna się akcja całej książki.

W konsekwencji niezwykłego spotkania Grant przydzielony zostaje do rozwiązania makabrycznego morderstwa i trafia pod skrzydła nadinspektora Thomasa Nightingale’a. Sam Nightingale również jest nietuzinkowy. Jest to elegancki na starą modłę i nieco ekscentryczny czarodziej, który postanawia nauczyć Petera podstaw magii. 

Od tej pory życie Granta nie jest już takie samo. Zabija wampiry, szuka duchów i dowiaduje się, że na świecie żyją stworzenia, o których nie miał do tej pory zielonego pojęcia. Wszystko po to, aby chronić królewski ład. Peter nie ma łatwego zadania: musi pomóc rozstrzygnąć spór pomiędzy walczącymi o władzę w mieście bogami rzek. Dodatkowo cały czas ściga zabójcę, który urządza przedstawienie teatralne, angażując w nie niewinnych ludzi. Mają oni być aktorami w sztuce, a demoniczny reżyser odziewa ich w przerażające maski.

Powieść stanowi fascynującą wycieczkę po Londynie – deszczowym mieście osnutym mgłą i pełnym mrocznych tajemnic. Jest to książka niezwykle zabawna, dowiadujemy się w niej między innymi, że Isaac Newton parał się magią, a każda rzeka na świecie ma swojego boga. Czyta się ją szybko i przyjemnie. Według mnie jedynym minusem jest to, że autor niektóre zagadnienia przedstawia bardzo chaotycznie. Czasem wydaje się być zbyt rozkojarzony (podobnie jak główny bohater – co stanowi ciekawą analogię)  i nie skupia się na opisywanych wydarzeniach, które (moim zdaniem) mógłby bardziej rozwinąć. Pomimo tego książka zaintrygowała mnie, gdyż porusza pewne nowatorskie wątki. Ciekawa też jestem, jak potoczą się dalsze losy Petera Granta.

 

Moja ocena: 4/6



Tagi: fantastyka
12:06, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Dodaj komentarz »
Tagi

facebook instagram pinterest

E-mail: uzaleznieniodczytania@wp.pl

stat4u

Teraz czytam

Głosy Pamano