środa, 06 stycznia 2016

Oto podsumowanie całego poprzedniego roku w telegraficznym skrócie:

  • Od dwóch lat na potrzeby blogu prowadzę swoje własne statystyki przeczytanych lektur. W 2015 roku omówiłam 22 książki, które wyszły spod pióra polskich autorów. Łącznie przeczytałam 76 książek, co daje razem 30464 strony.  Dziwnym trafem w ubiegłym roku wyglądało to bardzo podobnie :) Recenzje prawie wszystkich tytułów znajdziecie TUTAJ.
  • Mój powiązany z blogiem fanpage na Facebooku zatytułowany Uzależnieni od czytania pod koniec 2015 roku skupiał ponad 12,3 tys. książkomaniaków.
  • Mój profil na Instagramie jatuczytam śledzi 380 obserwujących.


Styczeń zaczęłam bardzo intensywnie, jednak pod koniec roku widać wyraźną czytelniczą tendencję spadkową. Związane jest to z większą ilością obowiązków, głównie zawodowych. Pomimo to co dzień staram się poświęcić choć godzinkę czasu na swoją ulubiona rozrywkę, czyli czytanie.

15:38, marcinkowska.katarzyna , 2015
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 stycznia 2016

W 2015 roku półki w księgarniach zapełniło wiele ciekawych nowości książkowych. Kilka z nich także wpadło w moje ręce. Spośród wszystkich przeczytanych przeze mnie tytułów wybrałam dziesięć, które zapadły mi w pamięć i najbardziej przypadły do gustu w ubiegłym roku. Uprzedzam, że jest to zestawienie czysto subiektywne. Znalazły się w nim aż cztery książki spod pióra polskich pisarek. Kolejny raz w rankingu swe miejsce znalazła publikacja autorstwa Matthew Kneale'a. Moje opinie o każdej książce znajdziecie klikając na wybrany tytuł. Kolejność prezentowania jest zupełnie przypadkowa.

 

1. Jedenaście tysięcy dziewic, Joanna Marat (literatura polska, powieść obyczajowa)

Za niebanalność i wyjątkowość oraz bogaty ładunek emocjonalny.

 

2. Jaśnie pan, Jaume Cabré (literatura hiszpańska)

Za bogaty język, satyrę i przemyślaną konstrukcję.

 

3. Drobne występki w czasach obfitości, Matthew Kneale (literatura brytyjska)

Za krytycyzm, metaforyczne przesłanie.

 

4. Wakacje, Stanley Middleton (literatura brytyjska)

Za niepowtarzalny klimat, wieloznaczność.

 

5. Odpływ, Lars Saabye Christensen (literatura norweska)

Za melancholijny wydźwięk, humor.

 

6. W cieniu, A.S.A. Harrison (literatura kanadyjska, thriller psychologiczny)

Za drobiazgową psychoanalizę głównych bohaterów.

 

7. Najdroższa, Wanda Żółcińska (literatura polska)

Za mocny debiut.

 

8. Córeczka, Liliana Fabisińska (literatura polska, powieść obyczajowa)

Za poruszaną tematykę.

 

9. Ostatnia wola, Joanna Szwechłowicz (literatura polska, kryminał)

Za zaskakujące zakończenie, klimat retro i inteligentny humor.

 

10. Znalezione nie kradzione, Stephen King (literatura amerykańska, powieść detektywistyczna)


Za trzymanie czytelnika w stanie napięcia.

poniedziałek, 04 stycznia 2016

594061na

Wydawnictwo Muza

Liczba stron: 368

 

Z reguły nie przepadam za poradnikami. Sięgam po nie bardzo rzadko i tylko wtedy, gdy czymś mnie zaintrygują. Zdecydowałam się na przeczytanie „Klubu szczęśliwych żon”, ponieważ ciekawiło mnie, ile prawdy jest w stwierdzeniu, że aby poznać sekret szczęśliwego małżeństwa wystarczy przestrzegać kilku uniwersalnych zasad. Próbę udowodnienia, iż istnieje sprawdzony przepis na udany związek podjęła w swej książce Fawn Weaver.

Fawn Weaver od trzynastu lat jest mężatką. W czasach, gdy rozpad nawet długoletniego małżeństwa nikogo już nie dziwi, a imprezy rozwodowe cieszą się ogromną popularnością, Fawn postanowiła zebrać grupę kobiet, które są szczęśliwymi żonami i założyć wspólnie z nimi klub. Początkowo Fawn zapraszała do stowarzyszenia swoje znajome, te zaś „wciągały” w jego szeregi kolejne osoby. Tak oto klub rozrastał się stopniowo. Obecnie należy do niego ponad sto tysięcy członkiń.

Autorka odbyła podróż poprzez sześć kontynentów w poszukiwaniu recepty na udane małżeństwo. Fawn rozmawiała z parami, które od wielu lat żyją w związku. Szkoda, że na swych rozmówców wybrała grono bardzo homogeniczne. W większości są to ludzie, którzy nie napotkali na swej drodze poważniejszych przeszkód. Bardziej przemawiałoby do mnie, gdyby Weaver umieściła w swej książce jako wzór osoby, które musiały pokonać liczne przeciwności, aby być dalej razem (chorobę ukochanego, długą rozłąkę, problemy z dziećmi…przykłady można mnożyć). Pomimo tego, że wywiady dotyczą ludzi z różnych zakątków globu, nie widać u nich różnic kulturowych, czy nawet różnic temperamentów! Wygląda to tak, jakby Weaver przeszła się po najbliższym osiedlu i przeprowadziła rozmowę z co drugą parą. A wszystko przedstawione jest w tak telegraficznym skrócie, że w zasadzie nie wiedziałam, czy dani małżonkowie już zdradzili ów sekret autorce, czy zaprosili ją na niezobowiązującą pogadankę przy obiedzie.

Nie zgadzam się ze stwierdzeniem Weaver, że postrzeganie związku w kategoriach pracy z założenia jest czymś złym. Uważam, że relacja pomiędzy dwojgiem ludzi wymaga nieustannie, aby nad nią pracować. W innym wypadku nie będzie się ona rozwijać, a stać w miejscu. Gdyby ludzie dobierali się w pary tylko na zasadzie tego, jak perfekcyjnie do siebie pasują – czyli według autorki tak że wręcz mogą czytać sobie w myślach i uzupełniać nawzajem swe wypowiedzi – to instytucja małżeństwa lub jakiegokolwiek związku partnerskiego już dawno by upadła. Człowiek to istota niedoskonała, która całe życie kształtuje swój charakter. Patrząc przez pryzmat właśnie tej człowieczej niedoskonałości, gdy tworzymy relację z drugą osobą, z góry będzie ona „skazana” na ustawiczną pracę i polepszanie. Ocenianie czyjegoś związku na podstawie tego, ile wysiłku w niego wkłada jest z gruntu niedojrzałe. A jeśli ktoś mówi mi, że małżeństwo powinno składać się jedynie z samych wzlotów i wzajemnego wyjadania sobie z dziubków (a dokładnie to przez ponad trzysta stron książki próbowała udowodnić mi autorka), to ogarnia mnie pusty śmiech.

Małżeństwo to także potknięcia i upadki. Ważne, aby po takiej wywrotce zawsze podnieść się silniejszym i co najważniejsze, mądrzejszym. Większą wartość prezentuje dla mnie ten związek, który pomimo perturbacji wychodzi z wszelkich zawirowań wzmocniony, niż ten, który w ustawicznym trzymaniu się za ręce upatruje swojej wyższości nad innymi. A to niestety Weaver podkreślała na każdym kroku, za przykład podając własne małżeństwo. Jedyny wniosek, jaki udało mi się wyciągnąć z lektury (a poparty jest kilkunastoma wymienionymi w niej przykładami) jest nieco przykry: droga do bycia szczęśliwa żoną prowadzi poprzez ustawiczne zadowalanie męża, i sprawianie, aby był w dobrym humorze. Brzmi trywialnie? Oto przykład z książki: Pewna kobieta, Faye cierpiała na depresję z powodu pięciu poronień. Przy ostatniej ciąży komplikacje nastąpiły w piątym miesiącu. Faye musiała przez tydzień nosić w brzuchu martwe dziecko, a ponieważ nie mogło urodzić się naturalnie poród wymagał interwencji lekarzy. Mąż nawet nie wybrał się z nią do specjalisty. Z powodu osobistej traumy i braku wsparcia ze strony małżonka kobieta zgorzkniała i wpadła w depresję. W końcu wdała się w romans z kimś, kto poświęcił jej odrobinę uwagi. Mąż miłosiernie jej wybacza i znów są idealną parą. Jednak to, co wprawiło mnie w osłupienie, to reakcja autorki na tę opowieść. Waever podkreśla, że wina leży wyłącznie po stronie kobiety, pisząc: „Jak ktoś może mieć w sobie tak wielkie pokłady wybaczenia? W jaki sposób zdradzony małżonek może okazać się tak wyrozumiały?”.* Posiadanie przez nią własnego zdania to także przepis na porażkę, gdyż to mąż powinien mieć zawsze ostatnie słowo. Chcecie przykładu? W przypadku tej książki nie mogę powstrzymać się od cytowania, gdyż ciężko oddać to własnymi słowami. Proszę, taki oto kwiatek: „Bonnie szybko zorientowała się, że to ona ma dominującą osobowość i że bez problemu może wykorzystać swój autorytet i wziąć Jerry’ego pod pantofel. Ale zdecydowała się, że to on będzie podejmował ostateczne decyzje. Przyznała, że czasem się z tym nie zgadza, i wypowiada głośno swoje zdanie, ale to do niego należy ostatnie słowo.”** A teraz bezcenny komentarz autorki kwitujący te słowa: „Rozpogodziłam się, gdy to powiedziała, bo jej słowa przypomniały mi jedną z moich ulubionych książek o małżeństwie, ‘Żonę uległą’.”*** Czy naprawdę o to właśnie chodzi w udanym małżeństwie? Chyba nie.

Zróbmy mały test. Zamknijcie oczy i pomyślcie o kilku czynnikach, które mają wpływ na to, że związek jest naprawdę udany. Gratulacje! Prawdopodobnie udało Wam się wymienić połowę, o ile nie wszystkie wyszczególnione tutaj. Cóż by tu rzec… Prawdę powiedziawszy poradnik Fawn Weaver nie dotarł do mnie zupełnie. Bardziej nadawałby się na ortodoksyjną książkę z XIX wieku pod jakimś fantazyjnym tytułem typu „Żona dobra i spolegliwa” niż vademecum dla nowoczesnej kobiety. Chyba, że gdzieś po drodze zgubiłam jego przesłanie.

„Kobiety stworzone są do ulegania i posłuszeństwa, sztuki panowania nie znają
i dlatego, kiedy im się przypadkiem pora rządzenia nadarzy, zawsze jej źle używają.”
(Klementyna Hoffman, Pamiątka po dobrej matce czyli ostatnie jej rady dla córki, 1819 rok – Brzmi podobnie, prawda?)

*Fawn Weaver, Klub szczęśliwych żon, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2015, s.49

** Ibidem, s.57-58.

*** Ibidem, s.58.

 

15:06, marcinkowska.katarzyna , Przeczytane
Link Komentarze (2) »
niedziela, 03 stycznia 2016

Wydawnictwo Mag

Liczba stron: 656

 

Rzadko sięgam po fantastykę, ponieważ jestem dość wybredna jeśli chodzi o ten gatunek. Jednak, gdy już się na coś zdecyduję, jest to dla mnie przeważnie strzał w dziesiątkę. Serię o Niecnych Dżentelmenach z Camorry polubiłam już od pierwszego tomu zatytułowanego „Kłamstwa Locke’a Lamory”. Potem szybko pochłonęłam „Na szkarłatnych wodach”, by na jakiś czas odłożyć cykl i dać sobie chwilę na zatęsknienie. W końcu przyszła kolej na ostatnią część (z wydanych do tej pory) przygód sprytnych Camorryjczyków, czyli na „Republikę złodziei”.

Jean Tannen i Locke Lamora liżą rany po burzliwych wypadkach na Morzu Mosiądzu i niespodziewanym przewrocie w Camorze. Otruty Locke powoli godzi się z coraz śmielej zaglądającą mu ramię śmiercią. Wtem wybawienie nadchodzi z najmniej spodziewanej strony: pomocną dłoń oferuje przyjaciołom grono więzimagów z Karthainu. W zamian za ponowne sprowadzenie Locke’a na ścieżkę zdrowia złodzieje muszą odegrać jedną z najtrudniejszych ról: staną się zausznikami jednej z dwóch karthaińskich partii politycznych, Głębokich Korzeni. Mają doprowadzić do zwycięstwa tejże frakcji nad opozycyjnym ugrupowaniem, Czarnym Irysem. Locke, który od wypadków w Camorze gardzi więzimagami, przyparty do muru chowa dumę do kieszeni i przyjmuje propozycję. Nie wie natomiast, że jego przeciwnikiem w politycznych rozgrywkach będzie nikt inny jak Sabetha, jego wieloletnia ukochana.

Wydarzenia w Karthainie przeplatają się z retrospekcjami Locke’a jeszcze z okresu Wzgórza Cieni i terminowania u Ojca Łańcucha. Dzięki tym wspomnieniom poznajemy pomijany przez wcześniejsze dwie części wątek rodzącego się uczucia pomiędzy Lockiem a Sabethą. Do tej pory postać Sabethy była dla odbiorcy enigmą. W „Republice złodziei” Lynch postanowił uchylić rąbka tajemnicy i wyjawić jak doszło do spotkania tych dwojga. Wierni czytelnicy cyklu o Niecnych Dżentelmenach wiedzą, że autor lubi budować akcję powieści wokół jednego szeroko zakrojonego spisku, którego głównym architektem jest Locke. Tym razem intrygi są aż dwie: pierwsza dotyczyć będzie karthaińskich wyborów, a druga pojawiać się będzie w reminiscencjach

Ostatnia część cyklu tempem akcji ustępuje dwóm poprzednim książkom. Fabuła rozwija się tu powoli i rozkręca dopiero pod koniec powieści. Widać, że autor w „Republice złodziei” skupił się przede wszystkim na szczegółach romansu pomiędzy Lockiem i Sabethą. Szkoda, że Scott Lynch nie uzupełnił powieści o bardziej rozbudowane opisy niezwykłego uniwersum, w jakim funkcjonują bohaterowie. Właśnie charakterystyka tego nietypowego świata tak ujęła mnie w pozostałych tomach. Książka rozpoczęła jednakże wiele intrygujących kwestii. Dowiadujemy się z niej nieco na temat pochodzenia Locke’a i jego przeszłości, co tylko zaostrza apetyt na zgłębienie dalszych losów Lomory. Jak zwykle nie zabrakło tu ciętego języka i trafnych ripost. Niestety na kolejną część przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Jej publikację zaplanowano dopiero na lipiec 2016 roku, polskiego przekładu nie spodziewajmy się więc zbyt prędko.



czwartek, 31 grudnia 2015

Dziewczyny, które zabiły Chloe

Wydawnictwo Albatros

Liczba stron: 448

 

Alex Marwood to pseudonim literacki brytyjskiej dziennikarki. Jej debiutancka powieść „Dziewczyny, które zabiły Chloe” (angielski tytuł: „The Wicked Girls”) wyróżniona została prestiżową nagrodą Edgara Allana Poe dla najlepszej powieści w 2014 roku i otrzymała nominację do nagrody Międzynarodowego Stowarzyszenia Autorów Thrillerów w 2013 roku.

Pewnego wakacyjnego poranka traf sprawia, że krzyżują się losy trzech dziewczynek: Jade Walker, Bel Oldacre oraz Chloe Francis. Gdy nadchodzi wieczór, ostatnia z nich już nie żyje. Jade i Bel wkrótce zasiadają na ławie oskarżonych i po szybkim procesie trafiają do dwóch różnych zakładów poprawczych. Mija dwadzieścia pięć lat od tego zdarzenia. W niezbyt atrakcyjnym nadmorskim kurorcie Whitmouth w Anglii, słynącym jedynie z gwarnych pubów obleganych przez turystów świętujących wieczory panieńskie i kawalerskie oraz z otwieranego sezonowo lunaparku, dochodzi do serii okrutnych morderstw. Właśnie w takich okolicznościach los sprawia, że Jade i Bel, które skrzętnie ukrywają swą przeszłość pod fałszywymi tożsamościami, znów się spotykają.

Jade i Bel to dziewczynki, które zabiły Chloe. Wiemy to od samego początku. Dlaczego i jak do tego doszło dowiadujemy się stopniowo z pojawiających się cyklicznie retrospekcji wplecionych w fabułę. Właśnie te wspomnienia stanowią sedno całej powieści i są dla czytelnika podstawą do dalszych rozważań. „Dziewczyny, które zabiły Chloe” to opowieść o dwóch kobietach naznaczonych na całe życie mianem bezlitosnych zabójczyń. W ich przypadku czas nie leczy ran. Nieustannie drżą one na samą myśl o tym, że mogą zostać przez kogoś rozpoznane. Pod fasadą prowadzenia spokojnej i nudnej egzystencji kryją paniczny lęk przed społecznym wykluczeniem. Starają się dopasować do otoczenia i poukładać swoją codzienność tak, aby nie odstawać od reszty sąsiadów i znajomych oraz zbytnio się nie odsłaniać.

Moim zdaniem książkę Alex Marwood można analizować na wielu płaszczyznach. Wątek kryminalny, jakkolwiek zręcznie przedstawiony, stanowi tu jedynie otoczkę dla głębszego i bardziej filozoficznego przesłania. Książka pozostawia kołaczące się w naszej głowie pytanie, czy tak naprawdę wierzymy w czyjąś resocjalizację i czy jesteśmy skłonni dać komuś drugą szansę pomimo jego wcześniejszych potknięć. Nieraz widzimy na przykładzie mediów, jak łatwo jest szafować wyroki oraz oceniać na podstawie pogłosek i domniemań. Tylko, czy granica pomiędzy dobrem a złem jest rzeczywiście aż tak wyraźna? A co jeśli nieświadomie ją przekraczamy? Czy wtedy z miejsca stajemy się niegodziwi? Jak widzicie lektura powieści Alex Marwood pozostawia czytelnikowi do przemyślenia wiele otwartych kwestii. Przede wszystkim zmusza nas do zadumy nad kondycją człowieczej natury oraz istnieniem determinizmu przyczynowego wpływającego na ludzkie losy. Bo czy faktycznie mamy możliwość kontrolowania wszystkich zdarzeń oddziałujących na nasze działania? Autorka skłania nas także do zastanowienia się nad tym, czy istnieją okoliczności, w których bylibyśmy w stanie przedłożyć cudze szczęście nad swoje własne.

Do sięgnięcia po ten tytuł zachęciła mnie już sama zapowiedź powieści skrótowo kreśląca zarys fabuły. Temat zbrodni dokonanej przez dzieci na innym dziecku wydał mi się na tyle kontrowersyjny i trudny, że musiałam sprawdzić w jakim kierunku potoczy się cała historia rozpoczęta w ten dość przerażający sposób. „Dziewczyny, które zabiły Chloe” to książka niosąca ze sobą duży ładunek emocjonalny i śmiało mogę powiedzieć, że będzie odbijać się echem w umyśle odbiorcy jeszcze przez jakiś czas po skończonej lekturze. Ja z niecierpliwością wyczekuję kolejnych powieści spod pióra Alex Marwood, gdyż zapowiada się ona na jedną z bardziej intrygujących autorek współczesnych.

 

 



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30
Tagi

facebook instagram pinterest

E-mail: uzaleznieniodczytania@wp.pl

stat4u

Teraz czytam

Głosy Pamano