Przeczytane

piątek, 11 sierpnia 2017

Wydawnictwo Zysk i S-ka

Liczba stron: 804

 

W 1967 roku w południowo-wschodniej Nigerii proklamowano nowe państwo o ustroju republiki. Kraj ten, zamieszkiwany przez 13,5 miliona Ibów, nazwano Biafrą od Zatoki Biafra, nad którą był położony. Na fladze państwowej umieszczono połowę wschodzącego słońca, a za hymn obrano pieść „Land of the rising sun”. Wyodrębnienie się Biafry przyczyniło się do wybuchu wojny domowej w Nigerii. Trwający prawie trzy lata konflikt zakończył się w styczniu 1970 roku ponownym przyłączeniem Biafry do Nigerii. Szacuje się, że wewnętrzne walki i głód doprowadziły do śmierci ponad miliona osób.

Akcja powieści rozpoczyna się kilka lat przed utworzeniem Republiki Biafry. Nigeria niedawno uzyskała niepodległość i dopiero stoi u progu wielkich zmian. Właśnie wtedy poznajemy wszystkich bohaterów książki: bliźniaczki Kainene i Olannę, córki bogatego prezesa Ozobii, politycznego agitatora Odenigba, domorosłego brytyjskiego pisarza Richarda zafascynowanego kulturą Ibo-Ukuwu oraz nastoletniego służącego Ugwu. Siostry Ozobia są jak dwa przeciwne bieguny tego samego magnesu. Kainene to milcząca i poważna, do bólu praktyczna bizneswoman, natomiast Olanna jest piękną marzycielką o wesołym usposobieniu. Obie są kobietami wykształconymi, mającymi w sobie wiele odwagi i siły. Niestety pomimo łączącej ich siostrzanej więzi, nieuchronnie oddalają się od siebie. Olanna wyjeżdża z Lagos, zamieszkuje z Odenigbem z dala od stolicy, próbując rozkręcić swoją karierę naukową, Kainene zaś wiąże się z Richardem, poświęcając się jednocześnie kierowaniu rodzinnym biznesem.

Nasi bohaterowie cały czas walczą z ksenofobicznym środowiskiem, w jakim przyszło im funkcjonować. Siostry Ozobia obracając się wśród śmietanki towarzyskiej ze stolicy, od samego początku wkroczenia w elitarne kręgi nauczyły się mówić bez akcentu zdradzającego, że pochodzą z ludu Ibo. Ugwu cały czas stara się udowodnić swemu panu, że nie jest tylko prostym służącym, Richard zaś jako Brytyjczyk, chcąc zdobyć materiały do swej książki walczy z uprzedzeniami Nigeryjczyków wobec byłych kolonizatorów.

W powieści na zasadzie kontrastu ściera się świat wielkiej polityki, kultury i sztuki reprezentowany przez pokolenie młodych humanistów z etnicznymi wierzeniami ludu Ibo, jego gusłami i zabobonami. „Połówka żółtego słońca” podzielona jest na cztery części rozmieszczone w różnych punktach czasowych. Autorka przeskakuje pomiędzy wydarzeniami z początku i schyłku lat 60.XX wieku, tak aby czytelnik stopniowo uzupełniał wiadomości o losach głównych postaci i zaczynał rozumieć, dlaczego drogi niektórych osób się rozeszły, a innych scaliły.

Literatura jest dziedziną, która od zawsze była urodzajna w tematykę wojenną, na przestrzeni wieków przynosząc czytelnikowi różne obrazy wojny. Niektóre utwory literackie mogą być peanami na cześć czynu wojennego, w których wojna gloryfikowana jest niczym bogini. Znacznie częściej jednak, szczególnie te napisane w XX wieku i później, ukazują wojnę jako wyniszczającą chorobę trawiącą tkankę światowego ładu. Chimamanda Ngozi Adichie zawiesiła swą powieść gdzieś pomiędzy tymi portretami. Z jednej strony wojna domowa w Nigerii przedstawiona została przez autorkę  jako nieuniknione i jednocześnie spodziewane następstwo wyczekiwanych zmian politycznych, z drugiej jednakże ukazuje ją pozbawiając wszelkich „ozdobników”. Hołduje naturalizmowi, co widać w opisywanych ze szczerą dokładnością aktach przemocy. Ukazuje też różne postawy bohaterów wobec zła i cierpienia. Każdy z ich na swój sposób angażuje się w niesienie pomocy innym, czy to poprzez oddanie części żywności z własnego przydziału głodującej sąsiadce, czy sprowadzenie lekarza do chorej matki przyjaciela.

Kanwę książki stanowi wojna domowa w Nigerii, jednak jej największą i najpiękniejszą oprawą są takie wartości jak miłość i przyjaźń. Nie bez kozery „Połówka żółtego słońca” nazywana jest jedną z najwybitniejszych powieści XXI wieku. Już dawno żadna lektura nie wywarła na mnie tak ogromnego wrażenia.

 

Połówka żółtego słońca

Więcej nowości

Za egzemplarz recenzencki dziękuję




środa, 02 sierpnia 2017

kolej podziemna

Wydawnictwo Albatros

Liczba stron: 384

 

„Czarnuchy”, „smoluchy”, „kolorowi” – to tylko garść wyzwisk jakimi obrzuca się niewolników. Według niektórych niewolnik to nie człowiek, a wartością równy jest trzodzie chlewnej, czy bydłu. Niewolników wpisuje się w księgi rachunkowe jako część inwentarza. Silny niewolnik da silne dzieci, które będą dodatkowym zarobkiem. Przeważnie istnieją tylko dwa rodzaje kary za ucieczkę: albo wymyślne tortury, albo śmierć. Przecież kaleki lub martwy niewolnik lepszy jest niż zbieg, który daje zły przykład innym.

„Gdyby czarnuch zasługiwał na wolość, nie byłby w kajdanach.”*

Plantacja braci Randallów rządzi się dokładnie takimi prawami. Na tej ziemi urodziła się Cora i tu trafia kupiony na licytacji Ceasar. Dwojgu młodym niewolnikom bardzo ciężko jest przystosować się do surowego życia wśród bawełnianych pól. Cora wierzy, że wolność jest na wyciągnięcie ręki - przecież jej matce Mabel udało się zbiec kilka lat wcześniej. Ceasar widząc hart ducha dziewczyny i jej niezachwianą odwagę, namawia ją, by uciekła wraz z nim za pomocą Kolei Podziemnej. Oboje opuszczają plantację pod osłoną nocy i wyruszają w pełną niebezpieczeństw podróż.

„Jeśli ktoś chce zrozumieć ten kraj, musi pojechać koleją. Pędząc przed siebie wyjrzyjcie z wagonu, a zobaczycie prawdziwą twarz Ameryki.”**

Tytułowa Kolej Podziemna to sieć połączonych ze sobą ukrytych stacji kolejowych. W tym miejscu Colson potraktował temat zupełnie dosłownie. W rzeczywistości Koleją Podziemną nazywano połączenie sieci dróg, punktów pomocy społecznej, organizacji i przyjaznych domów. Ta nieścisłość powoduje, że książki Colsona nie możemy traktować jako powieści historycznej. Jeśli więc chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na temat prawdziwej Kolei Podziemnej polecam zajrzeć do wiarygodnych źródeł.

Akcja książki rozgrywa się w dobie największych przemian politycznych i gospodarczych w Stanach Zjednoczonych. Do głosu dochodzą pierwsze ruchy abolicjonistyczne na północy, a do wybrzeży kraju co rusz przybijają parowce wypełnione imigrantami z Europy. Ameryka jawi się nam tutaj jako bóg o dwóch twarzach. Z jednej strony jest ona synonimem nowej ziemi obiecanej i szansy na lepsze życie, z drugiej wciąż znaczy ją niechlubne piętno niewolnictwa.

Colson Whitehead oparł swą powieść na motywie drogi. „Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki” to żmudna podróż poprzez kolejne stany napędzana nieustanną ucieczką przed łowcami nagród. Wędrówkę Cory rozumieć można także w sensie metaforycznym jako łapanie umykającego snu o wolności. W całej książce dostrzeżemy również wiele alegorii. Widać, że autor bardzo chętnie posługuje się sugestią, pozwalając czytelnikowi „domalować” sobie resztę.

Całe szczęście, że Whitehead nie popada w skrajność, prezentując amerykańską rzeczywistość z drugiej połowy XIX wieku jedynie w dwóch barwach. Świat wykreowany przez niego nie dzieli się tylko na dobrych czarnoskórych i złych białych. Dobro i zło w różnych odcieniach istnieje po obu stronach. Mamy tu plantatorów, którzy prześcigają się w okrutnych sposobach na dręczenie niewolników, ale są również biali, którzy z narażeniem własnego życia pomagają zupełnie bezinteresownie. Są niewolnicy, którzy zdolni są wyrwać bliźniemu ostatnią piędź ziemi i tacy, którzy osłonią własnym ciałem współtowarzysza przed batem pana.

"Kolej podziemną", pomimo trudnego tematu jaki porusza, czyta się bardzo szybko. Strony umykają nam podobnie jak przystanki pokonywane przez Corę. O niewolnictwie powstało już wiele książek i wydać się może, że Colson nie zaprezentował czytelnikowi nic odkrywczego. Moim zdaniem jednak warto sięgnąć po „Kolej Podziemną. Czarną krew Ameryki”, gdyż są sprawy o których należy wciąż mówić i cały czas pamiętać.  

 

* Colson Whitehead, Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017, s.102.

** Ibidem, s. 327-328.

Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki

Więcej nowości

Za egzemplarz recenzencki dziękuję

wtorek, 04 lipca 2017

Wydawnictwo Wiatr od Morza

Liczba stron: 256

„Utracony dar słonej krwi” to kolejny tytuł od gdańskiej oficyny Wiatr od Morza. Wydawnictwo to przyzwyczaiło mnie już do tego, że każda książka sygnowana ich logo to prawdziwa perełka. I nie będzie to nadużyciem, gdy powiem, że dokładnie tak jest w przypadku historii spisanych przez Alastaira MacLeoda.

Bohaterami książki są górnicy, rybacy oraz rolnicy z malowniczych osad położonych u wybrzeży Nowej Szkocji i Nowej Fundladii. Muszą stawiać oni czoła nieoszczędzającym ich żywiołom i surowemu klimatowi oraz borykać się zarówno z biedą, jak i licznymi problemami osobistymi.

Książka składa się z siedmiu odrębnych opowieści, które łączy jedno: wszystkie traktują o trudnych relacjach rodzinnych, czy to pomiędzy mężem a żoną, dziećmi a rodzicami, czy między rodzeństwem. Relacje te przyrównać można do tkanego przez lata płótna pełnego niedoskonałości, miejscami pozaciąganego lub sprutego przez gniew, niezrozumienie, czy własne wygórowane ambicje. Naprawić je może tylko wprawny krawiec, który z mozołem, lecz wytrwale pozszywa lub zaceruje wszelkie dziury. Tym cierpliwym rzemieślnikiem jest miłość, która potrafi wybaczyć bardzo wiele. Metafora ta koresponduje z przesłaniem płynącym z powieści, mówiącym o tym, że nie ma rzeczy nie do naprawienia. Czasem to, co wydaje nam się utracone bezpowrotnie można odnaleźć, a zerwane więzy odbudować. Oczywiście wszystko, co wartościowe wymaga wysiłku, jednak jest to trud warty podjęcia. 

Alistair MacLeod prezentuje starą, dobrą szkołę pisarstwa. Jego książka jest nie tylko napisana pięknym i subtelnym językiem, ale także wprowadza czytelnika w melancholijny nastrój. Nie potrzebuje on zawiłej fabuły, rozbudowanych i przepełnionych zbędnymi ozdobnikami konstrukcji językowych, aby przyciągnąć uwagę odbiorcy. To bardzo rzadka i według mnie pożądana cecha wśród autorów. To, że MacLeod potrafi podbić serce lapidarnym stylem i prostotą świadczy tylko o jego wyjątkowym kunszcie literackim. Podobnie jak w tle „Utraconego daru słonej krwi” powoli i niezauważalnie przemijać będą pory roku, tak my równie niepostrzeżenie dotrzemy do ostatniej strony. I to jedyny minus jaki udało mi się znaleźć wśród wszystkich niezaprzeczalnych zalet książki: po prostu skończyła się za szybko.

czwartek, 22 czerwca 2017

agonia dźwięków

Wydawnictwo Marginesy

Liczba stron: 336

 

Do zapomnianego, położonego na obrzeżach Katalonii warownego klasztoru La Rápita w charakterze spowiednika trafia domorosły muzyk, brat Junoy. Można rzec, że został tam zesłany za karę. Jego przewinieniem (zdawać by się mogło, że zupełnie trywialnym) było zbytnie umiłowanie gry na organach, które w oczach jego przełożonych stanowiło zaprzeczenie zakonnej skromności. Brat Junoy, zewsząd otoczony ciszą, zupełnie nie odnajduje się w rapiteńskiej rzeczywistości. Dopada go gorzka refleksja, iż dla niektórych przywdzianie habitu równoznaczne jest z wyrzeczeniem się wszelkiego szczęścia. Wiedziony tą myślą, pozbawiony dostępu do muzyki, popada w apatię i staje się obojętny na to, co dzieje się wokół.

„Bo La Rápita jest uboga jak śmierć, a zasada całkowitego ubóstwa nie robi wyjątku dla muzyki.”*

Jego marazm przerywa pojawienie się w klasztorze dwóch nowicjuszek, którym równie trudno jest przystosować się do surowych klasztornych wymogów. Osamotnione, szukają pomiędzy sobą wsparcia, a ze swych dylematów zwierzają się spowiednikowi. Takie zachowanie urąga rapiteńskim zasadom i uważane jest za niesubordynację. Wyolbrzymiony problem urasta do rangi najcięższego grzechu, a winą za sprowadzenie na złą drogę dwóch niewinnych dusz obarcza się brata Junoya. Staje on w obronie dziewcząt, jednocześnie sprzeciwiając się panującym w zakonie obyczajom, za co oskarżony zostaje o herezję. W konsekwencji trafia do aresztu, a następnie staje przed obliczem sądu diecezjalnego.

„Rapiteńskie ubóstwo jest jałowe. Jest… jest podszyte ambicją, wyuzdaniem, bo zrobiłyście z niego cel sam w sobie, a nie środek na drodze do świętości.”**

Autor powołał do życia najbardziej surowy zakon na świecie -  Zakon Cysterski Ściślejszej Obserwancji w Całkowitym Ubóstwie. W „Agonii dźwięków” przedstawia osobliwą, a nawet nieco egzotyczną dla zwykłego czytelnika rzeczywistość za klasztornymi murami, gdzie zachowywanie milczenia i pokory uznawane jest za najwyższą cnotę. Rapiteńskie mniszki nie mają sobie równych w siermiężności i umartwianiu się. Ich klasztorne życie podlega skrzętnie spisanym regułom, które normują nie tylko pory odbywanych obrządków religijnych, ale także sposób ubierania się, żywienia oraz zasady utrzymywania higieny osobistej. Nakazy te znajdziemy we wtrąceniach z „Księgi Zwyczajów” rozpoczynających każdy rozdział i doskonale uzupełniających całą powieść.

„…rozwaga i przyzwoitość nakazują, aby żadna kobieta, która przestąpi próg klasztoru, ani przez moment nie pozostawała obnażona. Czynności higienicznych, takich jak kąpiel, dokonuje się wyłącznie w przeznaczonej do tego celu koszuli (z Szóstej).”***

Cabré przyzwyczaił już nas do tego, że na kartach swych książek kreśli świetne charakterystyki postaci. Nie krytykuje on otwarcie postaw swoich bohaterów, jednak poddaje ich zachowanie pod rozwagę odbiorcy. W „Agonii dźwięków” wskazuje na czysto ludzkie przywary, które także trzymają się zakonnego habitu i księżowskiej sutanny. Matka Dorotea jest uosobieniem dumy, która nie pozwala dostrzec własnych słabości. Jej przeświadczenie o własnej nieomylności prowadzi do zatarcia granicy pomiędzy tym, gdzie kończy się asceza a zaczyna nadmierna ambicja prowadząca do przesadnej pokuty. Biskupowi Feixes nieobca jest zawiść i chęć wspinania się po szczeblach kariery, zaś brat Junoy jest zawzięty w prowadzeniu ambicjonalnej, lecz jednocześnie bezskutecznej wojny z przeoryszą.

Na wspomnienie zasługuje genialne tłumaczenie iberystki, Anny Sawickiej. Dokonała ona przekładu na język polski również pozostałych dzieł Cabrégo, które ukazały się nakładem Wydawnictwa Marginesy. Każde z nich poprzedzone jest krótką przedmową objaśniającą specyfikę stylu pisania autora, okoliczności powstawania książek oraz wszelkie zawiłości językowe.

Pomimo tego, że wydarzenia opisane w „Agonii dźwięków” dzieli od czasów obecnych całe stulecie, wydźwięk książki wciąż jest aktualny. Nadużycia władzy, nietolerancja i hipokryzja ciągle stanowią bolączkę współczesnego świata. Tytułowa „Agonia dźwięków” w dosłownym rozumieniu odnosząca się do klasztornego milczenia i braku muzyki, w kontekście metaforycznym może oznaczać nieme przyzwolenie na piętnowanie odmiennych postaw i odrzucanie wszystkiego, co sprzeczne z naszymi poglądami. Cabré po raz kolejny zachwyca swą maestrią pióra, przenosząc nas w niezwykły świat własnej wyobraźni. Polecam i z niecierpliwością czekam na jego kolejną powieść.

 

*Jaume Cabré, Agonia dźwięków, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017, s.45.

**Ibidem, s. 213-214.

*** Ibidem, s.113.

 Agonia dźwięków

Więcej nowości

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:




środa, 31 maja 2017

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Liczba stron: 336

 

Ian Mcguire to angielski autor,  nominowany do Booker Prize 2016 za książkę „Na wodach północy”.

Jest rok 1859. Na Grenlandię wypływa statek wielorybniczy „Ochotnik”. Na jego pokładzie nie znajdziemy jednak kwiatu marynarskiego fachu. Połów wielorybów to ciężki kawałek chleba, a ten kto para się takim zajęciem musi być nie tylko ogorzały od słońca i morskiej bryzy, ale też mieć w sobie coś z okrutnika. Nic więc dziwnego, że na deski pokładu trafiają typy spod ciemnej gwiazdy, w tym najgorszy ich przedstawiciel, harpunnik Henry Drax – złodziej i morderca w jednej osobie. Zupełnie przypadkowo do pracy na „Ochotniku” jako lekarz pokładowy zaciąga się Patrick Sumner, weteran powstania sipajów w Indiach. Sumner - obecnie opiumista, a wcześniej felczer, który odszedł z armii w atmosferze skandalu – zdecydowanie nie jest osobą o krystalicznej reputacji, choć i tak wydaje się być najbardziej prawy spośród całej załogi.

„Na wodach północy” to książka słona jak morska woda. Męska, miejscami wulgarna, nie stroni od języka rodem z rynsztoka. Jest to opowieść ciosana ostrym kawałkiem lodu. Mówi o prymitywnych instynktach, które biorą górę nad człowiekiem. U bohaterów McGuire’a własne potrzeby stawiane są na pierwszym miejscu. Niekiedy są one czysto pierwotne, jak zaspokojenie głodu, czy przetrwanie, a czasem stricte hedonistyczne, jak danie upustu własnym żądzom lub nałogom.

„Zostało mu szesnaście godzin na zrobienie tego, co musi zrobić – cokolwiek to jest. Na ponowne zaspokojenie. Tym świerzbiącym łaknieniem wyraża swe pragnienia ciało, ono przemawia do niego szeptem, to mamrotaniem, to krzykiem. Zew, który nigdy nie milknie, a gdy w końcu ucichnie, on będzie wiedział, że jakiś chuj koniec końców go ukatrupił, i taki będzie kres”.*

Książka „Na wodach północy” ma w sobie coś zwierzęcego i surowego. Jest odpychająca i wciągająca równocześnie. McGuire hołduje naturalizmowi w czystej postaci, co widzimy w brutalnych opisach połowu wielorybów, polowań na foki i niedźwiedzie, czy obrazowych deskrypcjach zbrodni. Jeśli jesteście wrażliwym typem czytelnika i od książki oczekujecie doznań estetycznych, nie jest to lektura dla was, pełno tu bowiem krwi, wszelkich wydzielin, plwocin, brudu, smrodu i fekaliów.

To opowieść nie tylko o morderczej walce człowieka z naturą, ale także człowieka z drugą istotą ludzką. McGuire wprost genialnie wykreował swoich bohaterów. Są nieupiększeni, wyraziści, wręcz namacalni. Początkowo Sumnera i Draxa odbierać będziemy jako dwóch antagonistów, prawie archetypiczne zderzenie dobra ze złem, jednak im bardziej powieść zbliżać się będzie ku końcowi, tym więcej zaczniemy dostrzegać pomiędzy nimi podobieństw. Ostatecznie Sumner, dotychczas brzydzący się czynami Draxa, sam skłoni się ku kradzieży oraz popełnieniu morderstwa z zimną krwią.

„(…) nie pozostał już żaden grzech, są tylko krew, woda i lód. Tylko życie i śmierć, i szarozielona przestrzeń pomiędzy nimi”.**

Ian McGuire w „Na wodach północy” przeniesie nas na Grenlandię - w miejsce, gdzie lodowate powietrze zamarza w płucach. Otrzymamy od niego powieść wyjątkową, wywołującą w odbiorcy szereg sprzecznych odczuć: od niesmaku po chorobliwe zaciekawienie. To książka o podwójnym dnie. Jednocześnie skłania do smutnej refleksji nad kondycją ludzkości oraz jest bezlitosna i gorzka w swym przekazie. Tutaj chciwość bierze górę nad przyzwoitością, a dobre intencje nie są nagradzane, lecz potępiane. Pióro McGuire’a przypomina lapidarny styl Micheala Crummeya oraz realizm charakterystyczny dla Cormaca McCarthy’ego. Polecam tę książkę nie tylko miłośnikom Hermana Melville’a, ale również dwóch wspomnianych wyżej autorów.

*Ian McGuire, Na wodach północy, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2017, s.11-12.

*Ibidem, s. 65.

 



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
Tagi

facebook instagram pinterest

E-mail: uzaleznieniodczytania@wp.pl

stat4u

Teraz czytam

Głosy Pamano